Category Archives: Życie codzienne

I po świętach… i w Nowym Roku…

Jedno z moich postanowień noworocznych to częstsze zamieszczanie wpisów na blogu. Obiecałam wpis i w końcu się pojawił, jak zwykle z lekkim obsuwem czasowym. Ale niestety sesja za pasem i trzeba było zająć się pisaniem prac na koniec semestru. W zasadzie ciągle jestem w trakcie pisania i przygotowania mojego wystąpienia na zajęciach z czytania tekstów klasycznych. Jeśli po 9 stycznia nie pojawią się żadne wpisy oznaczać to będzie, że padłam na zawał ze stresu przed wystąpieniem….

Zbliżające się Święta czuć już było za sprawą iluminacji, choinek, piosenek (w tym roku w naszym centrum handlowym zdecydowanie wygrała Britney Spears z utworem „My Only Wish” pokonując Mariah Carey i Wham) i Colonela w przebraniu Świętego Mikołaja zachęcającego do zakupu świątecznego zestawu kurczaka.

Nie mam wątpliwości, że opisy typu „jak święta spędza się w Japonii” pojawiły się już kilkakrotnie na blogach i stronach poświęconych kulturze japońskiej, więc postaram się to oddać w dużym skrócie. W Japonii nie celebruje się Bożego Narodzenia, z racji tego, że jest to kraj, gdzie główne religie to buddyzm i szinto. Oczywiście nie brakuje i katolików i Kościołów. Z pewnością też są osoby obchodzące święta podobnie jak obchodzi się je w Polsce (np. japońska Polonia 😉 ). Święta, czyli „Kurisumasu” mają w Japonii bardziej wymiar komercyjny w amerykańskim stylu. Nie jest to czas wolny od pracy i raczej nie ubiera się choinki. Choć, moim zdaniem, w domach, gdzie są dzieci taką choinkę się ubiera i kupuje prezenty. 24 grudnia to kolejna odsłona „dnia zakochanych”, można wtedy iść z ukochaną osobą na randkę do eleganckiej restauracji. Natomiast 25 grudnia w ramach posiłku można zjeść zamówiony wcześniej w KFC, Family Markt czy w MOS Burgerze świąteczny zestaw kurczaka i kurisumasu keeki, o którym już pisałam.

Nasze święta, choć z dala od bliskich, były pełne uroku i świątecznej atmosfery. Nawet naszła mnie taka myśl, że gdy człowiek nie jest przytłoczony taką świąteczną gorączką przygotowań i zakupów jaka panuje w Polsce, potrafi się cieszyć z tych świąt bardziej. Pierwszą kolację wigilijną zjadłam w towarzystwie polskiej znajomej i była to prawdziwa uczta. Ryba w winnym sosie, ziemniaki i kapusta świąteczna. Nie zabrakło czerwonego barszczu – z proszku, bo buraki w Japonii drogie. Ja, w tym roku nie poszalałam kulinarnie, i zrobiłam tylko sałatkę jarzynową bez selera i pietruszki niestety. Seler drogi, natomiast pietruszki (korzenia) nie można tu dostać. Ogórki kiszone zastąpiłam małymi ogóreczkami konserwowymi do hot-dogów 😉 W ramach kurisumasu-keeki miałyśmy przepyszne tiramisu, na samo wspomnienie cieknie mi ślinka.

zdjęcie 2

Z braku dużej miski, musiałam wymieszać sałatkę w woku 🙂

zdjęcie 1

Drugą kolację zjedliśmy po północy w towarzystwie innej polskiej znajomej, która dołączyła do nas po swoim baito. To była iście eklektyczna uczta 😉 W myśl zasady: „when in Rome, do as the Romans do”, na naszym stole nie zabrakło zestawu z KFC. Nie zdecydowałam się na zestaw świąteczny, ponieważ kompletnie zaskoczyły mnie ceny. Dość drogo jak na jedzenie z fast-fooda. Kupiłam mały zestaw z klasycznej oferty, ponieważ nasza znajoma jest wegetarianką, więc nie musieliśmy mieć dużej porcji. Oprócz KFC, na stole pojawiło się sushi, sałatka jarzynowa, japońskie przekąski a to wszystko popite barszczem z proszku 🙂 Kurczak był całkiem smaczny, natomiast sałatka coleslaw okropna! Kompletnie nam nie smakowała. W ramach słodyczy mieliśmy krówki z Milanówka i toruńskie pierniki. Nie zabrakło też sezonowych smakow lodów Haagen Dazs (których jestem wielką fanką). Mi najbardziej smakowały Foret Noire. Pyszka!

zdjęcie 3

„Wigilijny” stół

zdjęcie 4

Chicken & chips

zdjęcie 5

Pierwszego i drugiego dnia świąt dalej się opychaliśmy, tym razem podjęłam próbę zrobienia zupy grzybowej. Całkiem się udało 😉 choć musiałam się poratować zupą z proszku. Pospacerowaliśmy sobie po naszej okolicy, by spalić świąteczne kalorie i nagle okazało się, że już po świętach i można wyruszyć na świąteczne sales!

Wpis o Nowym Roku jutro!

4 Komentarze

Filed under Kuchnia japońska, Życie codzienne

Tort z kremem

„(…) jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się przedstawiać siebie jak tort z kremem, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem (…)”* – takiej oto porady udzieliła ciotka z Wiednia w swym liście do Pipsi – głównej bohaterki Wesel w domu Bohumila Hrabala. Rada ta, zresztą jak i cały list, odmienił życie głównej bohaterki, która od razu postanowiła zakupić modną sukienkę i koralowe pantofelki dokonując przemiany nie tylko swojego wyglądu, ale też i podejścia do życia.

I ja wzięłam sobie tą mądrą radę do serca. Ostatnio powróciłam do rozmyślań o tortach za sprawą zbliżających się świąt i mało udanego komentarza K. zainspirowanego  książką Bezsenność w Tokio autorstwa Marcina Bruczkowskiego. Ale od początku…

K. sięgnął po Bezsenność… odkąd zupełnie przypadkowo w małym barze w Ekota podczas zabawy halloweenowej natknęliśmy się na Seana – irlandzkiego przyjaciela Bruczkowskiego z czasów jego pobytu w Japonii. Świat jest mały nawet w tak wielkiej metropolii jaką jest Tokio. Po tym wesołym spotkaniu pełnym andegdot z czasów młodości Seana, opowieści o polskiej piłce i pięknych polskich kobietach (to opinia Seana 😉 ) i kilku żartach o brytyjskiej rodzinie królewskiej, K. postanowił książkę Bruczkowskiego przeczytać, toteż niezwłocznie poprosiliśmy rodzinę o jej zakup i wysyłkę do Japonii. Lektura go wciągnęła niezwykle. I oto pewnego wieczora, K. przerywając na chwilę czytanie, oznajmił mi radośnie, że ja to właściwie byłam kurisumasu keeki jak się poznaliśmy… No naprawdę!

Kurisumasu keeki (クリスマスケーキ), to świąteczny tort kupowany 25-tego grudnia i wyglądający bardzo smakowicie. Natomiast, w latach 80. mianem kurisumasu keeki zaczęto nazywać niezamężne kobiety, które ukończyły 25 rok życia. Z terminem tym zostałam już zapoznana na pierwszym roku studiów, kiedy to mój japoński sensei O. wyjaśnił nam jego znaczenie. Otóż chodzi o to, że po 25-tym grudnia ceny tortów są obniżane, co mniej więcej ma się tak do kobiet, że jak już ukończą te 25 lat to ich „wartość” spada (my god, ale to okropnie brzmi…). Wydaje mi się, że tę kwestię porusza również Bruczkowski w swojej książce. No i oto właśnie, mój własny mąż określił mnie mianem świątecznego tortu (który jak widać niewiele ma wspólnego z paryskim tortem Hrabala). Nie zostało mi nic innego jak się odgryźć, więc zgodnie z tym co mówił nam sensei, odrzeklam, że właśnie dlatego, że  nie byłam już pierwszej młodości to musiałam obniżyć swoje oczekiwania wobec płci przeciwnej. Et voila.

Natomiast, obecnie wydaje mi się, że termin „kurisumasu keeki” (szczęśliwie) odszedł w zapomnienie i np. niektórzy moi japońscy znajomi (szczególnie Ci młodzi) kompletnie nie znają jego znaczenia w kontekście niezamężnej kobiety. Wygląda na to, że coraz więcej japońskich kobiet decyduje się na ślub w późniejszym wieku, bo np. są zajęte rozwojem swoim karier zawodowych. O wzroście liczby niezamężnych kobiet między 25 a 29 rokiem życia, pisała już w 1992 roku Terasa Watanabe w swoim artykule w „Los Angeles Times”.

Jeśli zaś chodzi o „kurisumasu” to tak jak wspomniałam już wcześniej w Tokio panuje świąteczny szał pełen iluminacji, ozdób, Mikołajów i choinek. Ja to absolutnie kupuję i jestem zachwycona! (choć wiem, że czasem niektóre te rzeczy to kicz na maksa!). Colonel przebrany za świętego Mikołaja zachęca do zakupu świątecznego kurczaka. Burger King poszedł krok dalej i w swojej ofercie ma indyka. Dodam więcej, nie będę ukrywać , że przez moment myślałam nad kupnem tego indyka (praktycznie trudno tu dostać mięso indycze, jeśli chodzi o drób – to Japonia kurą stoi), ale ponieważ Wigilię spędzę z polskimi przyjaciółmi postaramy się przygotować coś polskiego.

kfc

Świątecznie w KFC

P1030238

przepyszny tort urodzinowy

Zaś, a propo tortów, niedawno obchodzilam urodziny 😉 i został mi sprezentowany przepyszny i przepiękny tort. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Jestem pod wrażeniem japońskiej sztuki cukierniczej. Kiedyś kilkakrotnie spotkałam się z opinią, że mimo, iż japońskie torty, ciasta, desery (w stylu Zachodnim, nie mam tu na myśli tradycyjnych japońskich deserów, bo to inny temat) pięknie i kusząco wyglądają to są niezbyt dobre i ogólnie, że niby bez smaku. Bez bicia przyznaję się, że początkowo przez takie opinie sceptycznie podchodzilam do takich deserów, zupełnie niepotrzebnie. Wszystko co jadłam do tej pory, torty, torciki itp. było absolutnie przepyszne.

Na koniec wrzucam galerię ze zdjęciami iluminacji świątecznych w mojej okolicy i na Omotesando na tokijskim Harajuku. Uwielbiam Omotesando pełne Diorów, Chanelów i Hugo Bossów (to bardziej window shopping). Ale tak naprawdę nie chodzi o Diory itp., tylko o architekturę i samą okolicę (małe uliczki!!!), no i teraz jest cudowna iluminacja!

*B. Hrabal, Wesela w domu, Warszawa 1989, str. 18

2 Komentarze

Filed under Foto, Gender (płeć), Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Bez tęsknoty za „sandałem i skarpetą”, czyli rzecz o modzie

Kilka dni temu portal Deser.pl zamieścił fotogalerię z japońskim street fashion komentując to następująco:

Primo: japońska moda jest dziwna. Duo, w każdym oglądającym zdjęcia obudzi się tęsknota za sandałem i skarpetą. Zainteresowałam się tematem, ponieważ dostaliśmy maila od znajomej z pytaniem czy faktycznie w Japonii tak jest. Zgodnie z prawdą odpisaliśmy jej, że „tak jest”.

Nie jestem specjalistką od japońskiej mody. Nie lubię po prostu takich artykułów i fotogalerii, które za wszelką cenę chcą pokazać Japonię jako kraj dziwaków. Mieszkam w Tokio od niedawna i zdarza mi się np. zatęsknić za barszczem czerwonym lub żurkiem, ale zawsze mogę iść do polskiej restauracji na Nihonbashi, jeśli mnie bardzo przypili. Natomiast za sandałem i skarpetą absolutnie nie tęsknię i przyznam, że moda w Japonii bardzo mi się podoba.

Przede wszystkim jest różnorodna i każdy nosi to, na co ma ochotę. Wydaje mi się, że na największy luz modowy mogą pozwolić sobie studenci, ponieważ w końcu mogą zrezygnować z noszenia szkolnego mundurka. Poza tym osoby nie pracujące w firmie. W firmie obowiązuje dress code, czyli panowie w garniturach, panie w garsonkach. Z moich obserwacji wynika również, że Japończycy bardzo dbają o swój wygląd i przywiązują dużo uwagi do stroju. Rynek kosmetyczny i odzieżowy kwitną. Uważam, że tutaj można naprawdę spełnić swoje najdziksze fantazje odzieżowe i nie zostanie się wytkanym palcem na ulicy czy w metrze. Kiedy jechaliśmy na Halloween Party, ja z poderżniętym gardłem i wbita w sukienkę a’la Alicja z Krainy Czarów, a K. przebrany za Wolverine’a z własnoręcznie zrobionymi pazurami, to nikt za bardzo nie zwrócił na nas uwagi. Nie wiem czy w Polsce zaryzykowałabym jechanie metrem. Chyba zdecydowałabym się na taksówkę.

Lubię chodzić po mojej galerii handlowej i oglądać wystawy (robię window shopping 😉 ), przeglądam też czasem czasopisma. Podoba mi się japońska moda, jej różnorodność i dowolność, sposób w jaki ludzie wyrażają siebie. Nie znaczy to, że każdy się tak ubiera. Nie brakuje ludzi ubranych zwyczajnie. I ja do nich należę 😉

Ja swoje serce oddałam Uniqlo, gdzie chętnie (i często) robię zakupy. Zaglądam też do GU, ale to bardziej młodzieżowa marka i już trudniej mi coś znaleźć. Nie chcę tu analizować skąd wypływa potrzeba młodych Japończyków to takich strojów, bo nie taki był zamysł tego posta. Nie podoba mi się po prostu, że powstają takie fotogalerie promujące brak tolerancji. Oczywiście nie każdemu musi się japońska moda podobać, ale nie trzeba od razu tego wyśmiewać.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Fashion Japan – Japanese streets.

2 Komentarze

Filed under Foto, Życie codzienne

Rekomendacje sobotnie i „koci” szał

Jestem zachwycona japońską jesienią. Zbliża się koniec listopada, a pogoda w Tokio jest bardzo przyjemna i zachęcająca do spacerów. W tym tygodniu zaliczyliśmy dwie długie piesze wędrówki po Tokio. Jak tylko posegreguję zdjęcia z pewnością wrzucę z krótkimi opisami.

Natomiast zaraz po Halloween w Tokio zapanował świąteczny nastrój. Dynie i nietoperze ustąpiły miejsca świętym mikołajom, choinkom i ozdobom świątecznym. KFC i Mos Burger wywiesiły już swoje oferty na „świątecznego” kurczaka. W centrach handlowych można posłuchać „All I want for Christmas” czy „Last Christmas”. W naszej dzielnicy odpalono już świąteczną iluminację. Ale o „Christmas Time” po japońsku, a bardziej o świętowaniu Nowego Roku w innym poście.

Dziś, natomiast, o kilku sprawach, które wzbudziły moje zainteresowanie. Chciałabym polecić cykl esejów o Japonii i jednego bloga. Autorką „Listów z Tokio” jest dr Iwona Merklejn, japonistka i medioznawca, obecnie „luźno” związana z Uniwerystetem Tokijskim. Eseje pojawiają się raz na dwa tygodnie na stronie polonia-jp.jp. Od pierwszego eseju stałam się ich wielką fanką i z niecierpliwością czekam na kolejne. Moim zdaniem są ciekawą propozycją wśród innych blogów i książek poświęconych Japonii. Autorka mieszka od kilku lat w Tokio i jej spostrzeżenia (przynajmniej w mojej opinii) są bardzo celne. Porusza też kwestie, o których zazwyczaj rzadko się mówi. I co najważniejsze, nie powiela stereotypów.

Druga rekomendacja to blog „Japonia na bakier”. Znalazłam go buszując z kolei na innym blogu – PodróżeJaponia. Autorką „Japonii na bakier” jest Aya – Japonka mieszkająca w Tokio. Aya pisze swój blog po polsku! Choć przeprasza za błędy (zupełnie niepotrzebnie), płynnie posługując się językiem polskim pisze to, co „przychodzi jej do głowy”, a przede wszystkim pisze o Japonii i Tokio. Nie brakuje też wpisów o samym języku japońskim, więc każdy kto uczy się japońskiego może dzięki blogowi Ayi poszerzyć swoje słownictwo.

Na koniec, trochę z innej beczki. Kilka dni temu na portalu BuzzFeed pojawiła się galeria kocich zdjęć autorstwa Fubiraia. Fotograf spędził ostatnie pięć lat dokumentując życie pół dzikich kotów z wyspy w Fukuoce. Koty są dokarmiane przez lokalnych mieszkańców i niczym daniele z Nary, włóczą się po całym miasteczku i porcie. Więcej zdjęć można znaleźć na blogu fotografa. Jeśli starczy mi czasu, to z wielką przyjemnością odwiedzę to miejsce 🙂

Z kolei w naszym małym tokijskim mieszkanku również zagościł kolejny kot. Do grumpy-kociej-podszuki dołączył gadżet na papier toaletowy. Jest absolutnie kawaii, więc jak tylko zobaczyłam go na stoisku „z mydłem i powidłem” jak nieśmiało wyglądał spośród innych rzeczy, musiałam go kupić. Pięknie pasuje do naszej właśnie-co-odremontowanej łazienki. Zdaniem K. gażdżet na papier jest namiastką naszej Kali. No cóż, może coś w tym jest…

kali

Kali-podobny gadżet na papier.

7 Komentarzy

Filed under Polecam!, Publikacje, Zwierzaki, Życie codzienne

Halu halu

Od ostatniego wpisu minęło sporo czasu. Gomenasai. Powodów jest kilka.

Primo: chyba nie nadaję się na bloggerkę (kiepsko u mnie z czynnościami, które wymagają powtarzalności i zaagnażowania). Z „szóstki Weidera” zrezygnowałam po dwóch dniach… A buty do joggingu ciągle stoją w szafie, nieśmiało czekając na ujrzenie tokijskiego bruku.

Duo: na przełomie października i listopada zaliczyłam kompletny spadek formy. Zasapałam się wchodząc na trzecie piętro, może nie jestem super wysportowana, ale ze schodami sobie jeszcze radzę. Dopadła mnie również wielka tęsknota za moimi koteczkami pozostawionymi pod opieką mojej mamy w Warszawie.

I po trzecie, wzięłam się do roboty nad swoim doktoratem. Broń Boże, nie napisałam jeszcze ani jednej strony, ale czytam, szukam źródeł, planuje włajaż do dalekiej pref. Akita, gdzie podobno znajduje się mauzoleum Ono no Komachi (w sensie, że grób). Co więcej, dostałam się na grudniową konferencję na Waseda Daigaku, gdzie spróbuję zaprezentować wizerunek Ono no Komachi we współczesnej literaturze, począwszy od opowiadania Akutagawy Ryunosuke z 1924 r. pt. „Dwie Komachi” (Futari  Komachi).

W czasie tej długiej przerwy w pisaniu zdążyłam nabawić się ogromnej niechęci do japońskiej policji, a szczególnie panów z kobanuktórzy zatrzymują mnie i K. za każdym razem jak rowerem przemierzamy sobie Tokio (serio, to się zaczyna robić nudne). Nie łamiemy przepisów, w przeciwieństwie do Japończyków, jeździmy po ścieżkach rowerowych (jeśli są) i staramy się nikogo nie rozjechać. Przy każdym zatrzymaniu do kontroli jesteśmy spisywani i przeptywani, czy aby przypadkiem nie ukradliśmy rowerów. Kiedy zgodnie z prawdą odpowiadamy, że nie, panowie sprawdzają numery naszych rowerów i weryfikują nasze zeznania. To ciągłe spisywanie zniechęca mnie także do korzystania z roweru. Nie mam pojęcia o co im chodzi, i skąd te przypuszczenia, że przyjechaliśmy tu kraść rowery za 9,000 jenów/szt.

Z pozytywów (równowaga w przyrodzie musi być zachowana): K. ostatnio zostawił w metrze swoją torbę z tabletem, książkami itp. (szczęśliwie bez portfela z dokumentami). Torba z całą zawartością została przez nas odebrana w centrum rzeczy zaginionych (i odnalezionych). Zwrócili nam nawet za bilet na metro.

Dobranoc.

Obiecuję poprawę i będzie więcej wpisów. Może w końcu coś o Komachi?

Aaa, obejrzeliśmy też Kaze tachinu i wybieramy się na Kaguya hime no monogatari. Oba filmy ze studia Ghibli.

8 Komentarzy

Filed under Uncategorized, Życie codzienne

Back to school

Obiecany post o powrocie do szkolnej ławy 🙂 z lekkim poślizgiem czasowym…

Wraz z dniem 23 września rozpoczął się jesienny semestr na Gakushuinie. Jako kenkyuusei nie mam obowiązku chodzić na zajęcia, ale zdecydowałam się na udział w zajęciach prowadzonych przez mojego japońskiego promotora – prof. I. Powodów jest conajmniej kilka, a najważniejszy to taki, że chodzenie na zajęcia po japońsku to dobry krok w kierunku poprawy i doskonalenia moich umiejętności językowych. Póki co obracam się głównie w towarzystwie polsko- lub anglojęzycznym, toteż zależy mi na japońskim w praktyce.

WP_000470

Materiały naukowe

Na uczelni pojawiam się trzy razy w tygodniu: we wtorki, środy i czwartki. We wtorki  prof. I. prowadzi zajęcia z analizy porównawczej tłumaczenia na język angielski klasycznej literatury japońskiej. Będziemy porównywać jak tłumaczenie odnosi się do oryginału. W tym semestrze zajmujemy się Genji monogatari (Opowieść o księciu Genji, ok. 1008 r.) oraz Sarashina nikki (Dziennik z Sarashiny, XI w.). Na pierwszych zajęciach było całkiem sporo osób, na drugich już znacznie mniej. Obawiam się, że sensei przestraszył inne studentki pytaniem ile z nich ukończyło gakushuinowy kurs angielskiego. 😉

Zajęcia środowe skupione są wokół antologii cesarskiej Kokinwakashuu, to w niej zawarte są wiersze Ono no Komachi. Póki co, sensei wstępnie opowiedział o rodzimej literaturze, powstawaniu kany i wpływach chińskich. Wspominał też Himiko i przyznał, że dzieła zapisane w kanbunie (w dużym skrócie: kanbun to teksty zapisywane ideogramami chińskimi, ale odczytywane po japońsku) są okropnie trudne do czytania 🙂 Oj, ma rację 😉 chociaż klasyczny japoński również potrafi przysporzyć wiele trudności interpetacyjnych i tłumaczeniowych.

Z kolei w czwartki będę chodzić na lekturę tekstów klasycznych. Są to zajęcia dla studentek z daigakuin, czyli porównując to do polskich realiów – dla studentek ze studiów magisterskich. Trochę się ich obawiam, ponieważ tekst, który wybrał sensei w tym semetrze, nie jest mi znany. Moja wiedza z zakresu języka japońskiego z epoki Heian również wymaga porządnego odświeżenia. Nie zostaje mi nic innego jak zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Wakacje się skończyły…

Nowy rok „szkolny” to również nowe znajomości. Udało mi się zapoznać dwie koleżanki z daigakuin’a, w tym tygodniu wybieramy się na lunch. Natomiast prawdziwym towarzyskim odkryciem są moi przyjaciele z parku obok stacji metra 🙂 Pięć kocich grubasków! Chętnych do głaskania, miziania i drapania. Są również niezwykle zainteresowani jedzeniem pod wszelką postacią, ale patrząc na ich sylwetki spokojnie można stwierdzić, że jedzenia to im nie brakuje 🙂 Nie muszę zatem chodzić do tzw. „kocich kawiarni”. Za każdym razem, gdy wracam z zajęć, mijam park i witam się z momi nowymi kumplami.

2013092616370000.jpg

Burasek (najbardziej lubi być głaskany po brzuszku)

2013092616340000.jpg

2013092420480001.jpg

Kolejne posty: relacja z Kioto! + zdjęcia 🙂

1 komentarz

Filed under Uniwerek, Zwierzaki, Życie codzienne

Na „swoim”

Dzisiejszy post powstaje już w moim pokoju 🙂 Ostatnio K. mi zwrócił uwagę, że mój blog jest bardziej lifestylowy niż Heianowy i Komachi’owy, ale proszę o wyrozumiałość. Zanim porządnie zabiorę się do pracy naukowej, muszę nieco się zaaklimatyzować i załatwić różne formalności.

W zasadzie, jeśli chodzi o formalności, to mam już je praktycznie za sobą. Mam już adres, telefon i konto w banku. I ubezpieczenie też mam! Akademik mieści się niedaleko kuyakusho (urząd dzielnicy), więc od razu po wrzuceniu mojego dobytku do pokoju poszłam załatwić rejestrację adresu. I machina biurokracji ruszyła 😉 Mam dwuczłonowe nazwisko, co więcej na drugie imię mam Sławomira 😉 a wszystko to zapisane w paszporcie. A jak jest zapisane w paszporcie musi być zapisane w każdym dokumencie, który sobie wyrabiam w Japonii. Zanim jeszcze przyjechałam do Tokio, nauczyłam się zapisywać imię Sławomira w alfabecie katakana. Ponieważ świat nie zna żadnej sławnej Sławomiry, która istniała by np. w japońskiej wikipedii, zapis imienia Sławomira w katakanie to moja własna inwencja. 🙂 Niestety na książeczce bankowej nie starczyło miejsca na Sławomirę i pan, który zakładał mi konto, musiał moje drugie imię dopisać długopisem.

Mieszkam zupełnie blisko słynnego Tokyo Dome, obok którego działa wielkie centrum handlowego z „mini” wesołym miasteczkiem. Choć słowo „mini” nie wydaje mi się do końca adekwatne, ponieważ na dachu owego centrum zbudowany jest dość pokaźnych rozmiarów roller coaster. Krzyki śmiałków, którzy zdecydowali się na przejażdżkę, echo niesie na całą dzielnicę 😉 Nawet teraz je słyszę pisząc ten post. Ja póki co nie ryzykuję.

Poniżej wrzucam kilka zdjęć mojego pokoju. Większość rzeczy potrzebnych mi do funkcjonowania w tej przestrzeni zakupiłam oczywiście w Daiso, czyli sklepie stujenowym. Natomiast większość wyposażenia kuchni (garnki, sztućce, talerze itp.) dostałam od mojej koleżanki, która mieszkała w tym samym akademiku, ale wczoraj wyleciała do Polski po kilku latach spędzonych na studiach w Tokio. Bardzo jej dziękuję 🙂

 

9 Komentarzy

Filed under Foto, Tokio, Życie codzienne