Category Archives: Tokio

Tort z kremem

„(…) jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się przedstawiać siebie jak tort z kremem, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem (…)”* – takiej oto porady udzieliła ciotka z Wiednia w swym liście do Pipsi – głównej bohaterki Wesel w domu Bohumila Hrabala. Rada ta, zresztą jak i cały list, odmienił życie głównej bohaterki, która od razu postanowiła zakupić modną sukienkę i koralowe pantofelki dokonując przemiany nie tylko swojego wyglądu, ale też i podejścia do życia.

I ja wzięłam sobie tą mądrą radę do serca. Ostatnio powróciłam do rozmyślań o tortach za sprawą zbliżających się świąt i mało udanego komentarza K. zainspirowanego  książką Bezsenność w Tokio autorstwa Marcina Bruczkowskiego. Ale od początku…

K. sięgnął po Bezsenność… odkąd zupełnie przypadkowo w małym barze w Ekota podczas zabawy halloweenowej natknęliśmy się na Seana – irlandzkiego przyjaciela Bruczkowskiego z czasów jego pobytu w Japonii. Świat jest mały nawet w tak wielkiej metropolii jaką jest Tokio. Po tym wesołym spotkaniu pełnym andegdot z czasów młodości Seana, opowieści o polskiej piłce i pięknych polskich kobietach (to opinia Seana 😉 ) i kilku żartach o brytyjskiej rodzinie królewskiej, K. postanowił książkę Bruczkowskiego przeczytać, toteż niezwłocznie poprosiliśmy rodzinę o jej zakup i wysyłkę do Japonii. Lektura go wciągnęła niezwykle. I oto pewnego wieczora, K. przerywając na chwilę czytanie, oznajmił mi radośnie, że ja to właściwie byłam kurisumasu keeki jak się poznaliśmy… No naprawdę!

Kurisumasu keeki (クリスマスケーキ), to świąteczny tort kupowany 25-tego grudnia i wyglądający bardzo smakowicie. Natomiast, w latach 80. mianem kurisumasu keeki zaczęto nazywać niezamężne kobiety, które ukończyły 25 rok życia. Z terminem tym zostałam już zapoznana na pierwszym roku studiów, kiedy to mój japoński sensei O. wyjaśnił nam jego znaczenie. Otóż chodzi o to, że po 25-tym grudnia ceny tortów są obniżane, co mniej więcej ma się tak do kobiet, że jak już ukończą te 25 lat to ich „wartość” spada (my god, ale to okropnie brzmi…). Wydaje mi się, że tę kwestię porusza również Bruczkowski w swojej książce. No i oto właśnie, mój własny mąż określił mnie mianem świątecznego tortu (który jak widać niewiele ma wspólnego z paryskim tortem Hrabala). Nie zostało mi nic innego jak się odgryźć, więc zgodnie z tym co mówił nam sensei, odrzeklam, że właśnie dlatego, że  nie byłam już pierwszej młodości to musiałam obniżyć swoje oczekiwania wobec płci przeciwnej. Et voila.

Natomiast, obecnie wydaje mi się, że termin „kurisumasu keeki” (szczęśliwie) odszedł w zapomnienie i np. niektórzy moi japońscy znajomi (szczególnie Ci młodzi) kompletnie nie znają jego znaczenia w kontekście niezamężnej kobiety. Wygląda na to, że coraz więcej japońskich kobiet decyduje się na ślub w późniejszym wieku, bo np. są zajęte rozwojem swoim karier zawodowych. O wzroście liczby niezamężnych kobiet między 25 a 29 rokiem życia, pisała już w 1992 roku Terasa Watanabe w swoim artykule w „Los Angeles Times”.

Jeśli zaś chodzi o „kurisumasu” to tak jak wspomniałam już wcześniej w Tokio panuje świąteczny szał pełen iluminacji, ozdób, Mikołajów i choinek. Ja to absolutnie kupuję i jestem zachwycona! (choć wiem, że czasem niektóre te rzeczy to kicz na maksa!). Colonel przebrany za świętego Mikołaja zachęca do zakupu świątecznego kurczaka. Burger King poszedł krok dalej i w swojej ofercie ma indyka. Dodam więcej, nie będę ukrywać , że przez moment myślałam nad kupnem tego indyka (praktycznie trudno tu dostać mięso indycze, jeśli chodzi o drób – to Japonia kurą stoi), ale ponieważ Wigilię spędzę z polskimi przyjaciółmi postaramy się przygotować coś polskiego.

kfc

Świątecznie w KFC

P1030238

przepyszny tort urodzinowy

Zaś, a propo tortów, niedawno obchodzilam urodziny 😉 i został mi sprezentowany przepyszny i przepiękny tort. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Jestem pod wrażeniem japońskiej sztuki cukierniczej. Kiedyś kilkakrotnie spotkałam się z opinią, że mimo, iż japońskie torty, ciasta, desery (w stylu Zachodnim, nie mam tu na myśli tradycyjnych japońskich deserów, bo to inny temat) pięknie i kusząco wyglądają to są niezbyt dobre i ogólnie, że niby bez smaku. Bez bicia przyznaję się, że początkowo przez takie opinie sceptycznie podchodzilam do takich deserów, zupełnie niepotrzebnie. Wszystko co jadłam do tej pory, torty, torciki itp. było absolutnie przepyszne.

Na koniec wrzucam galerię ze zdjęciami iluminacji świątecznych w mojej okolicy i na Omotesando na tokijskim Harajuku. Uwielbiam Omotesando pełne Diorów, Chanelów i Hugo Bossów (to bardziej window shopping). Ale tak naprawdę nie chodzi o Diory itp., tylko o architekturę i samą okolicę (małe uliczki!!!), no i teraz jest cudowna iluminacja!

*B. Hrabal, Wesela w domu, Warszawa 1989, str. 18

2 Komentarze

Filed under Foto, Gender (płeć), Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Na „swoim”

Dzisiejszy post powstaje już w moim pokoju 🙂 Ostatnio K. mi zwrócił uwagę, że mój blog jest bardziej lifestylowy niż Heianowy i Komachi’owy, ale proszę o wyrozumiałość. Zanim porządnie zabiorę się do pracy naukowej, muszę nieco się zaaklimatyzować i załatwić różne formalności.

W zasadzie, jeśli chodzi o formalności, to mam już je praktycznie za sobą. Mam już adres, telefon i konto w banku. I ubezpieczenie też mam! Akademik mieści się niedaleko kuyakusho (urząd dzielnicy), więc od razu po wrzuceniu mojego dobytku do pokoju poszłam załatwić rejestrację adresu. I machina biurokracji ruszyła 😉 Mam dwuczłonowe nazwisko, co więcej na drugie imię mam Sławomira 😉 a wszystko to zapisane w paszporcie. A jak jest zapisane w paszporcie musi być zapisane w każdym dokumencie, który sobie wyrabiam w Japonii. Zanim jeszcze przyjechałam do Tokio, nauczyłam się zapisywać imię Sławomira w alfabecie katakana. Ponieważ świat nie zna żadnej sławnej Sławomiry, która istniała by np. w japońskiej wikipedii, zapis imienia Sławomira w katakanie to moja własna inwencja. 🙂 Niestety na książeczce bankowej nie starczyło miejsca na Sławomirę i pan, który zakładał mi konto, musiał moje drugie imię dopisać długopisem.

Mieszkam zupełnie blisko słynnego Tokyo Dome, obok którego działa wielkie centrum handlowego z „mini” wesołym miasteczkiem. Choć słowo „mini” nie wydaje mi się do końca adekwatne, ponieważ na dachu owego centrum zbudowany jest dość pokaźnych rozmiarów roller coaster. Krzyki śmiałków, którzy zdecydowali się na przejażdżkę, echo niesie na całą dzielnicę 😉 Nawet teraz je słyszę pisząc ten post. Ja póki co nie ryzykuję.

Poniżej wrzucam kilka zdjęć mojego pokoju. Większość rzeczy potrzebnych mi do funkcjonowania w tej przestrzeni zakupiłam oczywiście w Daiso, czyli sklepie stujenowym. Natomiast większość wyposażenia kuchni (garnki, sztućce, talerze itp.) dostałam od mojej koleżanki, która mieszkała w tym samym akademiku, ale wczoraj wyleciała do Polski po kilku latach spędzonych na studiach w Tokio. Bardzo jej dziękuję 🙂

 

9 Komentarzy

Filed under Foto, Tokio, Życie codzienne

Saturday Night Fever

Dawno nic nie napisałam. Ale wszystko w porządku! Co więcej, moje umiejętności kierowania rowerem po ulicach w Tokio się rozwijają. To bardzo ważne, bo jutro lub pojutrze czeka mnie samotna wyprawa rowerowa.

Udało się mi się znaleźć dach nad głową i jutro wyprowadzam się od G. Niestety opcja z mieszkaniem na Odaibie (80m2 :O ) nie wypaliła. Moja aplikacja została odrzucona (ale do dziś nie wiem czemu). W każdym razie, nasze nowe mieszkanie znajduje się w dzielnicy Bunkyo w Tokio. Niedaleko stacji metra Korakuen. Jest to akademik dla cudzoziemców z pokojami jednoosobowymi, dwuosobowymi i rodzinnymi. Ku mojej wielkiej radości, budynek akademika wyposażony jest w centralne ogrzewanie (yay!), więc zimą przetrwamy! Oczywiście jest za to dodatkowa opłata, ale podobno w porównaniu z kosztami zużycia klimatyzacji, warto tę cenę zapłacić. Do 3 października będę mieszkać w pokoju rodzinnym o imponującym rozmiarze 50 m kwadratowych 🙂 Potem przeniosę się do pokoju dwuosobowego (26m2) z aneksem kuchennym i łazienką. I będę oczekiwać na przyjazd K. 🙂

Dzięki zdobyciu adresu będę mogła założyć konto w banku i zarejestrować się w kuyakusho, czyli urzędzie dzielnicy. Jestem też już szczęśliwą posiadaczką japońskiego telefonu komórkowego 🙂

Tydzień upłynął mi na załatwianiu powyższych formalności, więc wraz z nadejściem weekendu i wizją mojej wyprowadzki, podjęłyśmy z G. decyzję, że można w sobotę wyruszyć na „miasto”. Znajomy G. ze Stanów obecnie przebywa w Tokio na stażu w jednej z firm i bardzo chciał się w sobotę spotkać. Umówiliśmy się na Shinjuku. Kolega Patrick przyprowadził swoich znajomych – głównie kolegów 😉 Amerykanów i Europejczyków. Do tego dość młodych 😀 ponieważ niedawno ukończyli oni college, domyślam się, że mają ok 22-23 lat 😉 Taką grupą ruszyliśmy do baru Vagabond, gdzie spędziliśmy nieco czasu pijąc drinki i jedząc tamtejsze pyszności. Nasi kompani koniecznie chcieli jechać na clubbing na Roppongi, ale namówiłyśmy ich na wizytę w Shinjuku Golden Gai. Jest to dzielnica pełna barów, pubów, klubów… I dopiero tam zaczęła się prawdziwa zabawa.

Jak to bywa w Japonii, gaijini zwracają na siebie uwagę. Tak było i wczoraj. Bardzo szybko do naszej grupy podłączył się Yosuke, który za punkt honoru postawił sobie znaleźć naszym kolegom towarzystwo w postaci Japonek 😉 Prawie się mu udało. Mówił całkiem nieźle po angielsku, choć nie brakło zabawnych sytuacji. Moje 2 ulubione to: powiedział mi i G., że jesteśmy beautiful, po czym od razu dodał „I’m so sorry”. A gdy poszłam do toalety, zapytał się G., gdzie się wybieram i G. mu odpowiedziała, że idę do łazienki, na co odparł: „That’s so sad” 😉

Potem przenieśliśmy się do rock-baru Psy, gdzie leci nieco ostrzejsza muzyka. Ale w repertuarze muzycznym nie zabrakło Michaela Jacksona. I ku naszej radości, jeden ze stałych bywalców baru zaprezentował słynny taniec muzyka. Było naprawdę wesoło. A cały wieczór przebiegał w przyjaznej atmosferze. Zdecydowanie do powtórzenia. 🙂 po godzinie 1 pożegnałyśmy się z naszymi kolegami i ruszyłyśmy na rowerach do domu.

Co zwróciło moją uwagę? Na Shinjuku jest bardzo dużo naganiaczy, większość z nich pochodzi z Nigerii. Potrafią być bardzo narzucający się i zdecydowanie trzeba być wobec nich asertywnym, jeśli nie jest się zainteresowanym ich ofertą.

Miłej niedzieli!

Dodaj komentarz

Filed under Tokio, Życie codzienne

I ride my bike i inne atrakcje…

Po wczorajszym udanym zakupie roweru, dziś postanowiłam go wypróbować. Jeździć na rowerze nauczyłam się jako dziecko, ale w Warszawie nie robiłam tego często. Więc dzisiaj był dzień próby. Postanowiłam się przedostać z Waseda na Shinjuku, co nie jest długim dystansem i jak na pierwszą wyprawę rowerową powinno było być okej.

WP_000445

Mój wspaniały rower!

Ofiar żadnych nie było, ale co się zestresowałam, to moje :O Jadąc po chodniku (nie ma ścieżek rowerowych) czułam się jak w grze komputerowej (do tego z dość zaawansowanym levelem), w której powinnam omijać slalomem ludzi i innych rowerzystów. Nikt tu nie przestrzega przepisów ani jakiegoś savoir-vivru ruchu drogowego. Panuje świętokrowizm i każdy jest zainteresowany tylko swoją komórką… I nawet nie spojrzy, czy ktoś nadjeżdża lub nadchodzi… Kierowcy starają się uważać, ale dziś jeden z nich prawie we mnie wjechał na zielonym świetle (dla mnie) O___O w tym momencie troszkę najadłam się strachu. Do domu wróciłam w jednym kawałku. Muszę ćwiczyć jazdę na rowerze, a raczej slalom 🙂 Wiem, że można się przyzwyczaić. Jak to mówią: „ćwiczenie czyni mistrza”. Mam nadzieję szybko zrobić level up 😉 Ganabarimasu!

Po dotarciu na Shinjuku, postanowiłam zrekompensować sobie stresy pysznym sushi i kuflem zimnego nama biiru, czyli piwa z kija. Mam swoją wypróbowaną knajpkę kaitenzushi na Shinjuku – byliśmy tam z K. dwa razy podczas naszej kwietniowej wyprawy, ale dziś wybrałam inne miejsce. Cóż mogę napisać? Było po prostu pysznie! Zamówiłam głównie nigiri sushi, nie zabrakło sushi z tuńczykiem, pojawiły się również kalmary, przegrzebki, krewetki, makrela i tamago, czyli omlet.

WP_000447

Nigiri sushi na „rowerowe stresy”

Potem chwilę pochodziłam po Shinjuku. Odwiedziłam Biqlo, czyli połączenie sklepu BicCamera (sklep z elektroniką) i Uniqlo (jap. marka odzieżowa), a także centrum handlowe Lumine. Ciągle jednak przeżywałam mój rowerowy włajaż i nic nie kupiłam ani nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

Jutro w planach załatwianie spraw, czyli wizyta na uniwerku, w banku a także podjęcie próby wykupienia abonamentu i telefonu komórkowego. Stay tuned!

4 Komentarze

Filed under Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Lazy Sunday

Chociaż właściwie to nie taka leniwa… Dokucza mi jeszcze trochę jet lag, a dokładnie poderwanie się z łóżka wcześniej niż o godzinie 10 jest dla mnie niewykonalne. Ale dziś zakasałam rękawy i wzięłam się za ostateczne poprawki w moim artykule o problemie enjo-kõsai (sponsoring) we współczesnej Japonii. Redakcja czasopisma naukowego, w którym ten artykuł zostanie opublikowany już delikatnie zaczyna mi mailowo przypominać, że czas leci.

WP_000438

Okoliczny chram przy Waseda eki

Dzisiaj G. miała gościa, więc żeby nie przeszkadzać udałam się na spacer po okolicy i na lunch. Pogoda dalej daje się we znaki, jest dość duszno i gorąco. Dziś zdecydowałam się na tenpurę 😉 było pysznie, ale nieco przeceniłam swoje możliwości. Zamówiłam zestaw z letniego menu i oprócz tenpury (krewetka, fasolka szparagowa x 2, kawałek papryki czerwonej i tenpurowy placek z kalmara, tuńczyka i awokado) dostałam zimny makaron soba i zupkę miso. A to wszystko popiłam piwem Kirin. 🙂 Następnie przeszłam się po okolicy, odwiedziłam okoliczne księgarnie (uwielbiam japoński design książek), sklepy stujenowe (nie oparłam się zrobieniu zakupów, co więcej większość zakupionych przeze mnie produktów jest w kolorze różowym – czy to już czas, żeby się martwić?) i drug story, czyli drogerie. W drogerii zakupiłam przyrząd do włosów, który ma mi pomóc zrobić sobie na głowie prawdziwy koczek, lub jak to mówi K. „cebulę”, po japońsku odango 😉

Ale prawdziwa wisienka na torcie to zakup roweru! Okazało się, że w sklepie o wdzięcznej nazwie Don Kichot jest promocja i udało mi się kupić wspaniały i piękny rower za niecałego 1 mana. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że kupując rower od razu muszę się zarejestrować jako rowerzysta i jako posiadacz pojazdu jakim jest rower. Dzięki pomocy G. udało mi się załatwić te „formalności” w miarę gładko. 

Jeszcze nie wyrobiłam w sobie nawyku robienia zdjęć, ale walczę z tym. Dziś się postarałam i trochę ich jest. Ale większość raczej z cyklu „food porn”, czyli zdjęcia jedzenia… 

WP_000441

Piwo Kirin

WP_000442

Letnia tenpura

 

WP_000444

Makaron soba na zimno + mishoshiru

 

Natomiast pod koniec m-ca szykuje się mi chyba mini-wyprawa do Kioto ♥ 

6 Komentarzy

Filed under Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

東京にようこそ!Welcome in Tokyo!

Udało się i po 9 godzinach lotu z Moskwy wylądowałam na Narita International Airport. Dość zmęczona, bo praktycznie nie zmrużyłam oka w samolocie (nie lubię latać sama jednak, oj, bardzo nie lubię 😦 ). Udało mi się zdrzemnąć jedynie ok. godziny 8, czyli na dwie godziny przed lądowaniem. Zasnęłam na tyle solidnie, że prawie ominęło mnie śniadanie. 😉

Od razu przy kontroli paszportowej zostałam skierowana do spraw wizowych i otrzymałam swoją residence card. Następnie odebrałam mój ciężki bagaż (50 kg w 2 walizkach i plecaku) i ruszyłam na Waseda Eki, by spotkać się z G., która udziela mi gościny, za co bardzo bardzo jej dziękuję. Ku mojemu zaskoczeniu kilku panów zaproponowało mi pomoc z bagażami. Niestety windy i ruchome schody były tylko na lotnisku i na stacji Ueno. By dotrzeć na Waseda, musiałam się 2 razy przesiadać. W rezultacie dziś mam zakwasy i obite kolana 😉 SIŁA! Piszę o zaskoczeniu, ponieważ do tej pory spotykałam się z opiniami, że Japończycy raczej nie są skłonni do pomocy w takich sytuacjach. Mi kilkakrotnie została udzielona pomoc, a raz pani Japonka widząc jak się z tym tarabanię, zawezwała pana z obsługi metra, żeby mi pomógł. Na stacji końcowej była winda. Ale musiałam znieść walizki najpierw po 30 schodach, a potem wnieść po 10, żeby dostać się do windy 😀 nie wiem, czy to było opłacalne.

W ramach kolejnych atrakcji okazało się również, że mój prepaidowy polski telefon odmówił współpracy. Mogę smsować do Polski, odbierać smsy i telefony z Polski, ale nici z kontaktu jakiegokolwiek na japońskie numery. Znalazłam się więc w kropce, bo nie miałam jak dać G. znać, że nadjeżdżam… Zgłosiłam się z tym problemem do pana z obsługi metra (w takim trochę policyjnym uniformie) mając nadzieję, że użyczy mi swojego telefonu lub on po prostu do G. zadzwoni. Wytłumaczyłam mu swoją sytuację, na co odparł: „Hmm… Sou desune” i zamilkł. 😀 Popatrzyłam na niego kilka sekund (starałam się mieć minę jak kot ze Shreka), ale nie uratował mnie. Szczęśliwie znalazłam na terenie stacji automat telefoniczny i zadzwoniłam do G. 🙂 Jakby to nie wypaliło, miałam w planach jeszcze wybrać się do McDonald’s, bo tam mają darmowe wi-fi i najwyżej skontaktować się z G. via FB.

WP_000437

Chuuhai jabłkowy (napój lekko alkoholowy) w motywach klonów momiji

Do mieszkania G. dotarłam, moim zdaniem, dość stinky i z dużym zapotrzebowaniem na prysznic. Na półkach w sklepach stoją już puszki z napojami ozdobione czerwonymi liśćmi klonu (momiji), ale do jesieni jeszcze daleko. Lato w pełni. Ok. 29 stopni + ok. 65% wilgotności. Jak dla mnie niezły upał, ale G. powiedziała, że pogoda jest przyjemna, bo wcześniej było grubo ponad 30 stopni i ponad 70% wilgotności. Praktycznie wszędzie działa klimatyzacja, tylko jak się wyjdzie na zewnątrz w człowieka uderza fala gorąca. Wzięłam szybki prysznic i ruszyłyśmy na tsukemen. Dopchałam się jeszcze gyoza 🙂

Dziś prawie zaspałam na orientation day w fundacji od stypendium. Ale zdążyłam 😀 Okazało się, że mój opiekun Pan K. (który bardzo mi mailowo pomagał i doradzał) jest młody i przystojny 🙂 Dodatkowo świetnie mówił po angielsku, więc orientation day przebiegł w bardzo przyjaznej atmosferze. Było mi bardzo miło, ponieważ Pan K. bardzo interesował się moim planem badawczym i postacią Ono no Komachi, więc trochę o tym porozmawialiśmy. Na koniec wręczyłam mu omiyage (prezent (bardzo często tego słowa używa się w kontekście prezentu przywiezionego z podróży)) w postaci pierniczków toruńskich (niestety podróż nieco je nadszarpnęła…).

To tyle przygód póki co. Dzisiaj chyba pójdziemy z G. na tajskie jedzenie do sprawdzonej przez nią knajpki, a jak nie będziemy zbytnio zmęczone to może wybierzemy się na Shinjuku, by tam spędzić piątkowy wieczór.

Moja wspaniała grumpo-koto-poduszka śpi razem ze mną i już znalazła sobie nową przyjaciółkę w postaci reniferki Warai-kun, czyli Śmieszki 🙂

WP_000436

Grumpy pillow & Warai-kun

Miłego dnia!

16 Komentarzy

Filed under Tokio, Życie codzienne

Tokyo calling

3 dni, a właściwie 2 dni pozostały do mojego wyjazdu. Odczuwam już lekkie poddenerwowanie, ale o dziwo nie dopadło mnie reise feber (jeszcze?) 😉 póki co zrobiłam listę rzeczy, które powinnam zabrać… (kompletnie nie wiem jak się spakować – gdzie nie zajrzę to wpada mi w ręce coś, co moim zdaniem powinnam wziąć do Japonii).

Padają pytania czego będzie mi brakować w Japonii. Nie łatwo odpowiedzieć na takie pytanie. Z pewnością będę tęsknić za moimi przyjaciółmi, ale już wszyscy dzielnie instalują Skype’a. Najbardziej przeżywać będę rozłąkę z moją siostrą – to nie będzie proste, bo jesteśmy bardzo zżyte, ale już mi obiecała, że mnie odwiedzi (MUSI!) 🙂 jak licznik odliczający dni do wylotu wskaże datę 28 sierpnia, to później będzie odliczał dni do przyjazdu K. (półtora m-ca prawie!!!), a następnie czas do wizyty mojej siostry. W Polsce, pod opieką mamy, zostawiam również nasze dwa koty. I to również będzie ciężka rozłąka, bo jestem kociarą a do moich koteczków jestem bardzo przywiązana. Ale tu trzeba być rozsądnym. Transport kotów do Japonii jest możliwy, ale skazywanie ich na długi lot i np. kwarantannę to nie jest najlepszy pomysł. A moja mama baardzooooo lubi nasze koty, więc pozostaną pod dobrą opieką.

Przypuszczam, że brakować mi będzie „ciemnego” pieczywa i np. wyrobów z mleka koziego i owczego 🙂 ale z tym też sobie poradzę. Swoje ewentualne popisy kulinarne również będę zamieszczać.

Dziś taki króciutki wpis. Wiem, że mało tu póki co Heian i Ono no Komachi, ale to się zmieni. Na razie czas upływał mi na organizowaniu wyjazdu i mało czasu poświęciłam na research i rozwój naukowy.

♥♥♥

Na koniec chciałabym gorąco podziękować wszystkim moim przyjaciołom, z którymi udało mi się spotkać przed wyjazdem. Dzięki za wszystkie miłe słowa, dobrą energię i trzymanie kciuków. Jesteście kochani! ♥ I zakładajcie Skype’a! 🙂

♥♥♥

4 Komentarze

Filed under Bez nabiału i glutenu, Tokio, Życie codzienne

Problems, problems, problems…

Cytując mojego teścia, mogłabym określić wczorajszy dzień i dziesiejszy poranek jako „dzień porażka”. A wszystko rozchodzi się o miejsce do mieszkania… Lato w Tokio w tym roku wyjątkowo upalne i podobno we wrześniu pogoda również ma dopisać, ale wizja mieszkania „pod chmurką” to jednak nie to o czym marzę … Już nie ten wiek 😉

Obecnie ubiegam się o mieszkanie dla researcherów z rodziną, a konkretnie z współmałżonkiem, na tokijskiej Odaibie. Aplikację w moim imieniu musi złożyć mój uni. Wypełniłam wszystkie papiery we współpracy z K-san z sekretariatu i szybciutko posłałam kurierem do Tokio, bo tylko oryginalne papiery są akceptowane. Oprócz aplikacji o mieszkanie, przesłałam też moje papiery na uni z moim planem badawczym napisanym w pocie czoła i sprawdzonym przez mojego japońskiego przyjaciela A. (あすか、書類について相談していただき、誠に感謝申し上げます^^). Napisałam też maila, że będę bardzo zobowiązana o potwierdzenie odebrania moich papierów.

Wczoraj dostałam maila od pana N. (po tonie jego wypowiedzi w mailu sądzę, że to pan 😉 ), że moje papiery dotarły. Co więcej, popełniłam dwa błędy w aplikacji o mieszkanie. Źle wpisałam datę rozpoczęcia semestru (pomyliłam się o jeden dzień, a poza tym infromację o rozpoczęciu semestru dostałam od K-san). Niepoprawnie wpisałam również okres, w którym chciałabym mieszkać na Odaibie. Jako datę początkową wpisałam 1 września, ponieważ 29 sierpnia mój samolot ląduje na tokijskim lotnisku Narita. Okazało się, że składając aplikację z deadlinem 20 sierpnia, najszybszy możliwy termin wprowadzenia się (pod warunkiem, że moja aplikacja zostanie rozpatrzona pozytywnie) to 20 września… Ech.

Okazało się również, że mój plan badawczy nie jest bez skaz 😉 Pan N. poprosił mnie bym, „postarała się ograniczyć do 2 stron”. W sumie wyszło mi 3 strony i teraz trzeba skracać. A taka byłam dumna z tego planu 😉

fail

Źródło: http://www.faillol.com/japanese-fashion-fail/ (dostęp: 20/08/13)

Składanie papierów na uni to temat na początek września, więc zdążę jeszcze poprawić plan badawczy. Postanowiłam zająć się sprawą lokum. Napisałam do akademika z prośbą o rezerwację pokoju na czas, kiedy będą zapadać decyzje dotyczące mieszkania na Odaibie. I tu kolejna „porażka”. W akademiku mogę zamieszkać tylko podpisując półroczny kontrakt, więc nie mogę mieszkać tylko przez wrzesień… Ech. Przyznam, że padł na mnie lekki strach, że nie będę miała się gdzie podziać a w głowie kotłowały myśli „what to do, what to do?”…

Z pomocą jak zwykle przyszli przyjaciele 🙂 Zaproponowano mi dach nad głową do czasu ogłoszenia decyzji dot. mieszkania. (BARDZO DZIĘKUJĘ) I jeśli się uda, to będę mogła zostać praktycznie w „centrum” centrum Tokio do czasu wyprowadzki. A jak się nie uda, to trzeba będzie szukać nowego lokum 🙂 Proszę trzymać kciuki! Onegai shimasu!

8 Komentarzy

Filed under Tokio, Uniwerek, Życie codzienne

Gakushuuin Joshi Daigaku (学習院女子大学)

Gakushuuin Joshi Daigaku, czyli żeński uniwersytet Gakushuin, to uczelnia na której będę studiować podczas mojego pobytu w Japonii. Kampus znajduje się na tokijskim Shinjuku niedaleko stacji metra Nishiwaseda. Żeńska uczelnia to część zespołu prywatnych szkół Gakushuuin.

P1000759

Brama główna w kampusie Gakushuuin Joshi Daigaku

Początki uczelni sięgają roku 1847 r., kiedy to cesarz Ninkõ (pan. 1817-1846) założył w Kioto szkołę Gakushuujo. Dwa lata później szkołę nazwano Kyõto Gakushuuin. Celem założenia Gakushuuin było utworzenie placówki edukacyjnej przy dworze cesarskim. Druga połowa XIX w. to czas ogromnych zmian w Japonii. Skończyły się rządy sioguna i samurajów, doszło do „restauracji Meiji” (1868 r.), czyli do przywrócenia władzy cesarzowi. Od mniej więcej 1603 r. do 1868 r. rzeczywistą władzę w Japonii sprawował siogun, zaś rola cesarza została ograniczona do funkcji religijnych i kulturowych. W roku 1868 r. przeniesiono również stolicę z Kioto do Edo, które było do tej pory siedzibą sioguna. Nazwę Edo zmieniono na Tokio, czyli „Wschodnia Stolica”. To tak w wielkim skrócie, bo sytuacja polityczna w ówczesnej Japonii była dużo bardziej skomplikowana i procesy o których wspominam nie zachodziły ani łatwo, ani gładko.

Wracając do meritum, w 1877 r. w Tokio na rozkaz cesarski powstał nowy kampus a na jego otwarciu obecny był cesarz Meiji (pan. 1868-1912) z małżonką. Chcąc kontynuować tradycję rozpoczętą przez cesarza Ninkõ, cesarz Meiji nadał nowej szkole nazwę „Gakushuuin”. W 1947 r. zespół szkół Gakushuuin przestał działać pod jurysdykcją dworu cesarskiego i stał się prywatnym zespołem szkół otwartym dla każdego obywatela.

P1000752

Kampus Gakushuuin zaprojektowany częściowo przez Kunio Maekawę (1905-1986), który był uczniem Le Corbusiera (1887-1965)

Obecnie ten prywatny zespół szkół jest uznawany za bardzo prestiżowy i składa się z przedszkola, szkół (gimnazjum i liceum), uniwersytetu Gakushuuin i uniwersytetu żeńskiego.

Ja swoją przygodę z Gakushuuinem dopiero zacznę 🙂 póki co przejrzałam ofertę zajęć i jest ona bardzo ciekawa. Obok zajęć ze sztuk tradycyjnych tj. nauka zakładania szaty junihitoee (szata składająca się z dwunastu warstw noszona przez arystokratki w epoce Heian) czy sztuka kompozycji kadzideł, można uczęszczać na lektoraty języków obcych (np. hiszpańskiego lub chińskiego) i na zajęcia po angielsku. Ja osobiście chciałabym chodzić na zajęcia do mojego japońskiego promotora – senseia M., który prowadzi wykłady o klasycznej literaturze i kulturze japońskiej. Zależy mi również na kontynuacji nauki japońskiego języka klasycznego… Ponieważ dzięki temu będę mogła pracować nad tekstami źródłowymi przy moim doktoracie.

Rok akademicki (w sensie semestr jesienny) rozpoczyna się 23 września. Na początku września muszę złożyć bardzo dużo papierów by formalnościom stała się zadość np. wyciągi z indeksu ze wszystkich lat studiów przetłumaczone na japoński 😉 w tym wszystkim pomaga mi K-san z sekretariatu.

P1000756

Alejka w kampusie.

W kwestii mieszkania: póki co wyjaśniło się tyle, że nie zamieszkamy w akademiku. Jak przystało na uczelnię żeńską, większość akademików jest tylko dla dziewcząt. Nie dostaliśmy też zgody na wspólnie zamieszkanie z K. w koedukacyjnym akademiku, ponieważ pokoje są „zaprojektowane tylko dla jednej osoby”…  Ech. Staram się więc załatwić jeszcze inne mieszkanie – te o którym pisałam wcześniej, ale póki co czekam na decyzje Gakushuuin w tej sprawie. Jeśli i ta opcja nie wypali wzbogacę się o doświadczenie wynajęcia mieszkania w Tokio na normalnym rynku poprzez agencję nieruchomości 😉

Miłego poniedziałku!

4 Komentarze

Filed under Tokio, Uniwerek, Życie codzienne

Tokijskie reminescencje

Zainspirowana czwartkowym wpisem na blogu „Z uśmiechem przez Japonię”, a przede wszystkimi zamieszczonymi w tym poście zdjęciami, postanowiłam dziś wrzucić trochę zdjęć z naszej kwietniowej podróży do Tokio. Wszystkie zdjęcia robił K. Opisy póki co są dość ogólnikowe, ale obiecuję, że je dopracuję.

2 Komentarze

Filed under Foto, Tokio