Category Archives: Kuchnia japońska

Oshogatsu, czyli Nowy Rok po japońsku

Zgodnie z obietnicą i noworocznymi postanowieniami dziś kolejny wpis. Tym razem o celebrowaniu Nowego Roku.

Celebracja Nowego Roku jest w Japonii ważnym wydarzeniem i świętem. Do tego jest to chyba jedno z niewielu wydarzeń w roku na które przypada tak długa przerwa od pracy i szkoły. W tym roku „wolne” było od 31 grudnia i potrwa do jutra. Szczęśliwcy tacy jak ja, do szkoły wrócą dopiero w połowie przyszłego tygodnia 😉

Dawniej grudzień po japońsku brzmiał „shiwasu”, co można przetłumaczyć jako „zabiegany mistrz”. Grudzień był bardzo pracowitym miesiącem, ponieważ do końca roku trzeba było pozakańczać wszystkie sprawy i np. spłacić długi.

Nie obchodzi się Sylwestra jako takiego, natomiast bardzo popularne są bonenkaie, takie spotkania żegnajace stary rok. Odbywają się praktycznie przez cały grudzień. My też byliśmy na jednym 🙂 jak zwykle się objadłam. Jak tak dalej pójdzie to zabraknie dla mnie rozmiarówki w Uniqlo…

My Sylwestra spędziliśmy w barze na Ikebukuro prowadzonym pół Irlandczyka- pół Japończyka, dokąd zabrał nas japoński znajomy. Nie było imprezowego szału ani szampana  😉 przez większość wieczoru sączyliśmy drinki (ja piłam niebieskiego, lekko kwaśnego drinka – specjalność właściciela) i oglądaliśmy tv. No cóż, nie posiadamy telewizora w domu, więc wciągneliśmy się nieco. Oglądaliśmy walki bokserskie. Wszystkie wygrali Japończycy. Tylko na chwilę kanał został zmieniony na NHK, gdzie tradycyjnie, jak co roku, transmitowano muzyczne show na żywo, czyli Kõhaku. Podczas show rywalizują ze sobą dwie drużyny złożone z japońskich artystów. Drużyna „czerwona” (akagumi) złożona jest z kobiet. W skład drużyny „białej” (shirogumi) wchodzą mężczyźni. W tym roku, skład męskiej drużyny zasilił (chyba obecnie najpopularniejszy) boysband Arashi. Nie rozeznaje się w ich twórczości, ale młodsze koleżanki mnie oświeciły. Jedynym japońskim celebrytą, którego rozpoznałam był tylko Takeshi Kitano, ale on brał udział w innym show, gdzie przepytywał znanych japońskich sportowców. Wracając do Kõhaku, w tym roku wygrali „biali”. Z pewnością dużym atutem tej drużyny był wspominany boysband.

O północy wznieślimy toast i pożyczyliśmy sobie: akeome. Jest to skrót od „akemashite omedetou gozaimasu”, co można przetłumaczyć jako szczęśliwego nowego roku.  Nie wybraliśmy się do świątyni na bicie dzwonu, a dokładnie na 108 bić dzwonu. Wydaje mi się, że o północy dzwon dzwoni ostatni sto ósmy raz. Zgodnie z buddyzmem,  108 uderzeń w dzwon symbolizuje 108 grzechów i ludzkich pokus, których można się pozbyć na Nowy Rok. My odwiedziliśmy świątynię dopiero w drodze powrotnej do domu. Mimo bardzo późnej godziny było sporo ludzi przychodzących pomodlić się po raz pierwszy w Nowym Roku.

Kolejną z możliwości powitania Nowego Roku jest pojechanie np. nad morze i zobaczenie pierwszego wschodu słońca (hatsuhi), jak uczyniła nasza znajoma. Jak się wpisze się w Google formułkę typu „najlepsze miejsca na pierwszy wschód słońca” wyskakuje mnóstwo stron.

Nieodłącznym elementem Nowego Roku są nengajõ, czyli kartki noworoczne. Poczta roznosi je dokładnie 1 stycznia. Wypada wysłać taką kartkę nie tylko do rodziny, ale też do znajomych i wszystkich, którym coś zawdzięczamy. Ja niestety nie posiadam adresu domowego mojego japońskiego senseia, więc wysłałam mu życzenia mało tradycyjną metodą, czyli mailem.

Na celebrację Nowego Roku udaliśmy się do japońskich teściów mojej znajomej, tej samej, która zaprosiła mnie na przepyszną Wigilię. Spędziliśmy cudownie czas. I mieliśmy okazję zakosztować osechi ryõri, czyli tradycyjnych potraw podawanych na właśnie takie okazje jak Nowy Rok. Potrawy podawane są w kwadratowych, drewnianych lub lakowych pudełkach. Każda potrawa ma swoje znaczenie, jak na przykład ikra śledzia (? – nie jestem pewna czy dobrze to zrozumiałam w natłoku informacji …) gwarantuje płodność. Oprócz ikry, nie zabrakło czarnej słodkiej fasolki, korzenia lotosu, ośmiornicy, krewetek, kraba (PRZEPYSZNY) i wielu innych smakołyków. Dla odmiany znów się opychaliśmy 😉 K. był częstowany przez Pana Teścia nalewką na kobrze i żmiji. Dał radę i sprostał wyzwaniu „mocnej głowy” 😉 Ja się raczyłam przepyszną sake. To był naprawdę wspaniały dzień i jesteśmy z K. bardzo wdzięczni naszej znajomej i jej mężowi za to zaproszenie i umożliwienie nam spędzenia tego czasu w tradycyjny japoński sposób.

1

2

W tle nalewka na kobrze …

3

Czas podczas jedzenia umilał nam (choć nie wiem czy można użyć czasownika „umilać” w kontekście japońskich show telewizyjnych) show, gdzie haafu (czyli „połówki” – pół Japończycy, poł inna narodowość) wypełniali różne zadania. Niezbyt ambitne oczywiście. I tak dla przykładu, pół Japończyk  – pół Amerykanin nie mówiący po angielsku zostaje wysłany do Nowego Jorku. Wśrod uczestników jest też pół Polak o imieniu Napo, co jak się okazało jest skrótem od Napoleona.  Z jakiekoś powodu uczestnicy to głównie sami mężczyźni, więc stwierdziłyśmy ze znajomą, że albo chodzi o brak równouprawnienia albo kobiety tak ochoczo nie chcą z siebie robić głupka w telewizji 😉

Zdjęcia jedzonka dorzucę niebawem, bo piszę ten post korzystając z prezentu od  Świętego Mikołaja, który w tym roku okazał się bardzo hojny.

Widzę, że dość się rozpisałam. Zatem osobnego posta poświęce urodzie mego męża K. okrzykniętego mianem kakkoi (nie po raz 1szy i nie po raz ostatni pewnikiem).

A tymczasem: よいお年を☆

11 Komentarzy

Filed under czyli matsuri, Foto, Kuchnia japońska

I po świętach… i w Nowym Roku…

Jedno z moich postanowień noworocznych to częstsze zamieszczanie wpisów na blogu. Obiecałam wpis i w końcu się pojawił, jak zwykle z lekkim obsuwem czasowym. Ale niestety sesja za pasem i trzeba było zająć się pisaniem prac na koniec semestru. W zasadzie ciągle jestem w trakcie pisania i przygotowania mojego wystąpienia na zajęciach z czytania tekstów klasycznych. Jeśli po 9 stycznia nie pojawią się żadne wpisy oznaczać to będzie, że padłam na zawał ze stresu przed wystąpieniem….

Zbliżające się Święta czuć już było za sprawą iluminacji, choinek, piosenek (w tym roku w naszym centrum handlowym zdecydowanie wygrała Britney Spears z utworem „My Only Wish” pokonując Mariah Carey i Wham) i Colonela w przebraniu Świętego Mikołaja zachęcającego do zakupu świątecznego zestawu kurczaka.

Nie mam wątpliwości, że opisy typu „jak święta spędza się w Japonii” pojawiły się już kilkakrotnie na blogach i stronach poświęconych kulturze japońskiej, więc postaram się to oddać w dużym skrócie. W Japonii nie celebruje się Bożego Narodzenia, z racji tego, że jest to kraj, gdzie główne religie to buddyzm i szinto. Oczywiście nie brakuje i katolików i Kościołów. Z pewnością też są osoby obchodzące święta podobnie jak obchodzi się je w Polsce (np. japońska Polonia 😉 ). Święta, czyli „Kurisumasu” mają w Japonii bardziej wymiar komercyjny w amerykańskim stylu. Nie jest to czas wolny od pracy i raczej nie ubiera się choinki. Choć, moim zdaniem, w domach, gdzie są dzieci taką choinkę się ubiera i kupuje prezenty. 24 grudnia to kolejna odsłona „dnia zakochanych”, można wtedy iść z ukochaną osobą na randkę do eleganckiej restauracji. Natomiast 25 grudnia w ramach posiłku można zjeść zamówiony wcześniej w KFC, Family Markt czy w MOS Burgerze świąteczny zestaw kurczaka i kurisumasu keeki, o którym już pisałam.

Nasze święta, choć z dala od bliskich, były pełne uroku i świątecznej atmosfery. Nawet naszła mnie taka myśl, że gdy człowiek nie jest przytłoczony taką świąteczną gorączką przygotowań i zakupów jaka panuje w Polsce, potrafi się cieszyć z tych świąt bardziej. Pierwszą kolację wigilijną zjadłam w towarzystwie polskiej znajomej i była to prawdziwa uczta. Ryba w winnym sosie, ziemniaki i kapusta świąteczna. Nie zabrakło czerwonego barszczu – z proszku, bo buraki w Japonii drogie. Ja, w tym roku nie poszalałam kulinarnie, i zrobiłam tylko sałatkę jarzynową bez selera i pietruszki niestety. Seler drogi, natomiast pietruszki (korzenia) nie można tu dostać. Ogórki kiszone zastąpiłam małymi ogóreczkami konserwowymi do hot-dogów 😉 W ramach kurisumasu-keeki miałyśmy przepyszne tiramisu, na samo wspomnienie cieknie mi ślinka.

zdjęcie 2

Z braku dużej miski, musiałam wymieszać sałatkę w woku 🙂

zdjęcie 1

Drugą kolację zjedliśmy po północy w towarzystwie innej polskiej znajomej, która dołączyła do nas po swoim baito. To była iście eklektyczna uczta 😉 W myśl zasady: „when in Rome, do as the Romans do”, na naszym stole nie zabrakło zestawu z KFC. Nie zdecydowałam się na zestaw świąteczny, ponieważ kompletnie zaskoczyły mnie ceny. Dość drogo jak na jedzenie z fast-fooda. Kupiłam mały zestaw z klasycznej oferty, ponieważ nasza znajoma jest wegetarianką, więc nie musieliśmy mieć dużej porcji. Oprócz KFC, na stole pojawiło się sushi, sałatka jarzynowa, japońskie przekąski a to wszystko popite barszczem z proszku 🙂 Kurczak był całkiem smaczny, natomiast sałatka coleslaw okropna! Kompletnie nam nie smakowała. W ramach słodyczy mieliśmy krówki z Milanówka i toruńskie pierniki. Nie zabrakło też sezonowych smakow lodów Haagen Dazs (których jestem wielką fanką). Mi najbardziej smakowały Foret Noire. Pyszka!

zdjęcie 3

„Wigilijny” stół

zdjęcie 4

Chicken & chips

zdjęcie 5

Pierwszego i drugiego dnia świąt dalej się opychaliśmy, tym razem podjęłam próbę zrobienia zupy grzybowej. Całkiem się udało 😉 choć musiałam się poratować zupą z proszku. Pospacerowaliśmy sobie po naszej okolicy, by spalić świąteczne kalorie i nagle okazało się, że już po świętach i można wyruszyć na świąteczne sales!

Wpis o Nowym Roku jutro!

4 Komentarze

Filed under Kuchnia japońska, Życie codzienne

Tort z kremem

„(…) jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się przedstawiać siebie jak tort z kremem, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem (…)”* – takiej oto porady udzieliła ciotka z Wiednia w swym liście do Pipsi – głównej bohaterki Wesel w domu Bohumila Hrabala. Rada ta, zresztą jak i cały list, odmienił życie głównej bohaterki, która od razu postanowiła zakupić modną sukienkę i koralowe pantofelki dokonując przemiany nie tylko swojego wyglądu, ale też i podejścia do życia.

I ja wzięłam sobie tą mądrą radę do serca. Ostatnio powróciłam do rozmyślań o tortach za sprawą zbliżających się świąt i mało udanego komentarza K. zainspirowanego  książką Bezsenność w Tokio autorstwa Marcina Bruczkowskiego. Ale od początku…

K. sięgnął po Bezsenność… odkąd zupełnie przypadkowo w małym barze w Ekota podczas zabawy halloweenowej natknęliśmy się na Seana – irlandzkiego przyjaciela Bruczkowskiego z czasów jego pobytu w Japonii. Świat jest mały nawet w tak wielkiej metropolii jaką jest Tokio. Po tym wesołym spotkaniu pełnym andegdot z czasów młodości Seana, opowieści o polskiej piłce i pięknych polskich kobietach (to opinia Seana 😉 ) i kilku żartach o brytyjskiej rodzinie królewskiej, K. postanowił książkę Bruczkowskiego przeczytać, toteż niezwłocznie poprosiliśmy rodzinę o jej zakup i wysyłkę do Japonii. Lektura go wciągnęła niezwykle. I oto pewnego wieczora, K. przerywając na chwilę czytanie, oznajmił mi radośnie, że ja to właściwie byłam kurisumasu keeki jak się poznaliśmy… No naprawdę!

Kurisumasu keeki (クリスマスケーキ), to świąteczny tort kupowany 25-tego grudnia i wyglądający bardzo smakowicie. Natomiast, w latach 80. mianem kurisumasu keeki zaczęto nazywać niezamężne kobiety, które ukończyły 25 rok życia. Z terminem tym zostałam już zapoznana na pierwszym roku studiów, kiedy to mój japoński sensei O. wyjaśnił nam jego znaczenie. Otóż chodzi o to, że po 25-tym grudnia ceny tortów są obniżane, co mniej więcej ma się tak do kobiet, że jak już ukończą te 25 lat to ich „wartość” spada (my god, ale to okropnie brzmi…). Wydaje mi się, że tę kwestię porusza również Bruczkowski w swojej książce. No i oto właśnie, mój własny mąż określił mnie mianem świątecznego tortu (który jak widać niewiele ma wspólnego z paryskim tortem Hrabala). Nie zostało mi nic innego jak się odgryźć, więc zgodnie z tym co mówił nam sensei, odrzeklam, że właśnie dlatego, że  nie byłam już pierwszej młodości to musiałam obniżyć swoje oczekiwania wobec płci przeciwnej. Et voila.

Natomiast, obecnie wydaje mi się, że termin „kurisumasu keeki” (szczęśliwie) odszedł w zapomnienie i np. niektórzy moi japońscy znajomi (szczególnie Ci młodzi) kompletnie nie znają jego znaczenia w kontekście niezamężnej kobiety. Wygląda na to, że coraz więcej japońskich kobiet decyduje się na ślub w późniejszym wieku, bo np. są zajęte rozwojem swoim karier zawodowych. O wzroście liczby niezamężnych kobiet między 25 a 29 rokiem życia, pisała już w 1992 roku Terasa Watanabe w swoim artykule w „Los Angeles Times”.

Jeśli zaś chodzi o „kurisumasu” to tak jak wspomniałam już wcześniej w Tokio panuje świąteczny szał pełen iluminacji, ozdób, Mikołajów i choinek. Ja to absolutnie kupuję i jestem zachwycona! (choć wiem, że czasem niektóre te rzeczy to kicz na maksa!). Colonel przebrany za świętego Mikołaja zachęca do zakupu świątecznego kurczaka. Burger King poszedł krok dalej i w swojej ofercie ma indyka. Dodam więcej, nie będę ukrywać , że przez moment myślałam nad kupnem tego indyka (praktycznie trudno tu dostać mięso indycze, jeśli chodzi o drób – to Japonia kurą stoi), ale ponieważ Wigilię spędzę z polskimi przyjaciółmi postaramy się przygotować coś polskiego.

kfc

Świątecznie w KFC

P1030238

przepyszny tort urodzinowy

Zaś, a propo tortów, niedawno obchodzilam urodziny 😉 i został mi sprezentowany przepyszny i przepiękny tort. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Jestem pod wrażeniem japońskiej sztuki cukierniczej. Kiedyś kilkakrotnie spotkałam się z opinią, że mimo, iż japońskie torty, ciasta, desery (w stylu Zachodnim, nie mam tu na myśli tradycyjnych japońskich deserów, bo to inny temat) pięknie i kusząco wyglądają to są niezbyt dobre i ogólnie, że niby bez smaku. Bez bicia przyznaję się, że początkowo przez takie opinie sceptycznie podchodzilam do takich deserów, zupełnie niepotrzebnie. Wszystko co jadłam do tej pory, torty, torciki itp. było absolutnie przepyszne.

Na koniec wrzucam galerię ze zdjęciami iluminacji świątecznych w mojej okolicy i na Omotesando na tokijskim Harajuku. Uwielbiam Omotesando pełne Diorów, Chanelów i Hugo Bossów (to bardziej window shopping). Ale tak naprawdę nie chodzi o Diory itp., tylko o architekturę i samą okolicę (małe uliczki!!!), no i teraz jest cudowna iluminacja!

*B. Hrabal, Wesela w domu, Warszawa 1989, str. 18

2 Komentarze

Filed under Foto, Gender (płeć), Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Gotowanie. Atak robala.

Dość często jadam na mieście. Nie jest to bardzo duży wydatek, a jedzenie jest smaczne. W ramach oszczędności można też znaleźć sobie punkt sushi w swojej okolicy i po godzinie 20 kupować zestawy prawie o połowę taniej. Dzięki takiej promocji pochłonęłam 6 nigiri z tuńczykiem, 4 nigiri z omletem i popiłam to zieloną herbatą za niecałe 12 zł.

WP_000462

Lunch za 299 jenów. Idealny na duszny dzień. Obowiązkowo ice tea 😉

Zdarza mi się również gotować. W Warszawie miałam dość dużą kuchnię do dyspozycji, gdzie spełniałam się kulinarnie. Rozmiar mojego obecnego aneksu kuchennego nie zniechęcił mnie do podejmowania prób przyrządzania jedzenia. W okolicy mam 2 supermarkety. Jeden „My Basket” jest tańszy i w nim najczęściej robię zakupy. Obok jest „Daiei” – dwupiętrowy supermarket z ogromnym wyborem produktów, warzyw, owoców, mięsa, owoców morza itp. Bardzo lubię po nim chodzić 🙂 i wymyślać co by tu zjeść. W zeszłym tygodniu byłam na yakiniku i smażona wołowina tak mi zasmakowała, że postanowiłam zrobić sobie podobnie przyrządzoną wołowinę na sobotni obiad.

WP_000464

Yakiniku. Inwencja własna. Zamiast ryżu, smażony makaron sojowy z czosnkiem. W ramach „zieleniny”: sałatka z pomidorem i tofu.

Pewnego dnia naszła mnie również ochota na puree – jestem wielką fanką ziemniaków 😉 frytki, pieczone ziemniaczki, puree, młode ziemniaki z masłem i koperkiem mogłaby jeść bez końca. Kupiłam więc opakowanie ziemniaków (5 szt. – 90 jenów) i raźno zabrałam się za moje puree. Efekt nie był zachwycający (nie miałam masła ani czosnku), ale obiad był smaczny. Dopiero przedwczoraj udało mi się kupić prawdziwe masło produkowane na Hokkaido. Jest z dodatkiem soli, ale wolę takie masło niż margarynę.

WP_000461

Obiad po polsku, czyli jajko sadzone i puree.

Jak już wspominałam muszę unikać pszenicy (glutenu) i mleka krowiego (ale masło mogę jeść). W Japonii bardzo popularnym daniem śniadaniowym jest tost. Pszenny. Gruby. Sztuczny. Co prawda byłam już w sklepie, gdzie sprzedawane są różne mąki (ryżowa, razowa), ale nie podjęłam się jeszcze produkcji własnego chleba. Poza tym nie mam piekarnika. Dwa opakowania chleba pumpernikiel, które sobie przywiozłam, już dawno pochłonęłam. A omletów mam już dość (ile można jeść jajek?). Ale w Daiei wypatrzyłam bułki z mąki z brązowego ryżu. Oczywiście z domieszką mąki pszennej, ale warto spróbować! Zatem zakupiłam.

WP_000465

Bułka z mąki z brązowego ryżu. Pyszna.

I zrobiłam tosty 😉 w końcu mam na wyposażeniu specjalny opiekacz do tostów!

WP_000466

Moje tosty. Obowiązkowo z majonezem. 🙂

I tyle o kulinariach. Przejdę więc do części drugiej, a mianowicie do ataku robala. Teraz wydaje mi się to całkiem zabawne i opowiadam tę historię nawet bez nerwowego śmiechu. Ale nie było zabawnie jak odkryłam w wannie (do której notabene chciałam wskoczyć i zażyć kąpieli) robala (a właściwie owada. jak to K. mnie poprawia 😉 ) o długości ok. 12 cm. Na początku zamarłam. Szczęśliwie na skype miałam moją siostrę, która doprowadziła mnie do porządku. Ocknęłam się więc z ataku paniki i nakryłam robala szklanką, podłożyłam kartką i pokrzykując (strasznie się rzucał w tej szklance) wyniosłam na dwór. W tej sytuacji doceniłam mieszkanie na parterze. Gdybym tak miała z nim lecieć z 3. piętra wydając z siebie okrzyki przerażenia to sądzę, że moi sąsiedzi wzięli by mnie za osobę nie do końca zdrową na umyśle. 😀

♥♥♥

I wisienka na torcie: 20 września do Tokio przylatuje K. 🙂 Yay! Yupi! Cieszę się bardzo bardzo i już nie mogę się doczekać.

♥♥♥

8 Komentarzy

Filed under Bez nabiału i glutenu, Kuchnia japońska

I ride my bike i inne atrakcje…

Po wczorajszym udanym zakupie roweru, dziś postanowiłam go wypróbować. Jeździć na rowerze nauczyłam się jako dziecko, ale w Warszawie nie robiłam tego często. Więc dzisiaj był dzień próby. Postanowiłam się przedostać z Waseda na Shinjuku, co nie jest długim dystansem i jak na pierwszą wyprawę rowerową powinno było być okej.

WP_000445

Mój wspaniały rower!

Ofiar żadnych nie było, ale co się zestresowałam, to moje :O Jadąc po chodniku (nie ma ścieżek rowerowych) czułam się jak w grze komputerowej (do tego z dość zaawansowanym levelem), w której powinnam omijać slalomem ludzi i innych rowerzystów. Nikt tu nie przestrzega przepisów ani jakiegoś savoir-vivru ruchu drogowego. Panuje świętokrowizm i każdy jest zainteresowany tylko swoją komórką… I nawet nie spojrzy, czy ktoś nadjeżdża lub nadchodzi… Kierowcy starają się uważać, ale dziś jeden z nich prawie we mnie wjechał na zielonym świetle (dla mnie) O___O w tym momencie troszkę najadłam się strachu. Do domu wróciłam w jednym kawałku. Muszę ćwiczyć jazdę na rowerze, a raczej slalom 🙂 Wiem, że można się przyzwyczaić. Jak to mówią: „ćwiczenie czyni mistrza”. Mam nadzieję szybko zrobić level up 😉 Ganabarimasu!

Po dotarciu na Shinjuku, postanowiłam zrekompensować sobie stresy pysznym sushi i kuflem zimnego nama biiru, czyli piwa z kija. Mam swoją wypróbowaną knajpkę kaitenzushi na Shinjuku – byliśmy tam z K. dwa razy podczas naszej kwietniowej wyprawy, ale dziś wybrałam inne miejsce. Cóż mogę napisać? Było po prostu pysznie! Zamówiłam głównie nigiri sushi, nie zabrakło sushi z tuńczykiem, pojawiły się również kalmary, przegrzebki, krewetki, makrela i tamago, czyli omlet.

WP_000447

Nigiri sushi na „rowerowe stresy”

Potem chwilę pochodziłam po Shinjuku. Odwiedziłam Biqlo, czyli połączenie sklepu BicCamera (sklep z elektroniką) i Uniqlo (jap. marka odzieżowa), a także centrum handlowe Lumine. Ciągle jednak przeżywałam mój rowerowy włajaż i nic nie kupiłam ani nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

Jutro w planach załatwianie spraw, czyli wizyta na uniwerku, w banku a także podjęcie próby wykupienia abonamentu i telefonu komórkowego. Stay tuned!

4 Komentarze

Filed under Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Lazy Sunday

Chociaż właściwie to nie taka leniwa… Dokucza mi jeszcze trochę jet lag, a dokładnie poderwanie się z łóżka wcześniej niż o godzinie 10 jest dla mnie niewykonalne. Ale dziś zakasałam rękawy i wzięłam się za ostateczne poprawki w moim artykule o problemie enjo-kõsai (sponsoring) we współczesnej Japonii. Redakcja czasopisma naukowego, w którym ten artykuł zostanie opublikowany już delikatnie zaczyna mi mailowo przypominać, że czas leci.

WP_000438

Okoliczny chram przy Waseda eki

Dzisiaj G. miała gościa, więc żeby nie przeszkadzać udałam się na spacer po okolicy i na lunch. Pogoda dalej daje się we znaki, jest dość duszno i gorąco. Dziś zdecydowałam się na tenpurę 😉 było pysznie, ale nieco przeceniłam swoje możliwości. Zamówiłam zestaw z letniego menu i oprócz tenpury (krewetka, fasolka szparagowa x 2, kawałek papryki czerwonej i tenpurowy placek z kalmara, tuńczyka i awokado) dostałam zimny makaron soba i zupkę miso. A to wszystko popiłam piwem Kirin. 🙂 Następnie przeszłam się po okolicy, odwiedziłam okoliczne księgarnie (uwielbiam japoński design książek), sklepy stujenowe (nie oparłam się zrobieniu zakupów, co więcej większość zakupionych przeze mnie produktów jest w kolorze różowym – czy to już czas, żeby się martwić?) i drug story, czyli drogerie. W drogerii zakupiłam przyrząd do włosów, który ma mi pomóc zrobić sobie na głowie prawdziwy koczek, lub jak to mówi K. „cebulę”, po japońsku odango 😉

Ale prawdziwa wisienka na torcie to zakup roweru! Okazało się, że w sklepie o wdzięcznej nazwie Don Kichot jest promocja i udało mi się kupić wspaniały i piękny rower za niecałego 1 mana. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że kupując rower od razu muszę się zarejestrować jako rowerzysta i jako posiadacz pojazdu jakim jest rower. Dzięki pomocy G. udało mi się załatwić te „formalności” w miarę gładko. 

Jeszcze nie wyrobiłam w sobie nawyku robienia zdjęć, ale walczę z tym. Dziś się postarałam i trochę ich jest. Ale większość raczej z cyklu „food porn”, czyli zdjęcia jedzenia… 

WP_000441

Piwo Kirin

WP_000442

Letnia tenpura

 

WP_000444

Makaron soba na zimno + mishoshiru

 

Natomiast pod koniec m-ca szykuje się mi chyba mini-wyprawa do Kioto ♥ 

6 Komentarzy

Filed under Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

I love sushi

Odkąd zapadła decyzja o moim wyjeździe, często spotykam się z pytaniem: „A co Ty tam będziesz jadła?” Bo jak wiadomo, z samego sushi człowiek nie wyżyje. Póki co wizja objadania się sushi codziennie (szczególnie nigiri z tuńczykiem :3 ) nie przeraża mnie. Serce pękło mi, gdy dowiedziałam się, że moje ulubione nigiri są bardziej zwodnicze niż myślałam. Sushi wydaje się daniem dietetycznym, ale niestety tabele kaloryczne obalają to wyobrażenie ;( I okazuje się, że bardzo często decydując się na zjedzenie sushi „zjadamy więcej kalorii” niż podczas zwykłego obiadu wciągając schabowego z ziemniakami.

nigiri

Simply the best: nigiri sushi z tuńczykiem
Źródło: http://www.artsushi.pl/gliwice/images/photos/39.jpg (dostęp: 11/07/2013)

Sushi też nie wydaje się dobrym pomysłem na zimowy obiad, jeśli mnie pamięć nie myli jedzenie sushi wychładza organizm. Zima japońska nie należy do najprzyjemniejszych pór roku. W samym Tokio może nie jest bardzo mroźno, ale temperatura od 0 do 5 stopni w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza i brakiem centralnego ogrzewania nie przysparza zimie zbyt wielu fanów.

Ale nie będę „skazana” tylko na sushi. Kuchnia japońska (czyli washoku) składa się z wielu pysznych dań. Obok sushi moje osobiste „top of the top” to:

1). Kurczak karaage – są to kawałki kurczaka „smażone na sposób chiński”, czyli w panierce i w głębokim oleju. Panierka jest pyszna i całe danie jest naprawdę delicious! Ostatni pobyt w Tokio doświadczył K. pod względem karaage, ponieważ okazało się, że w ten sposób przyrządza się nie tylko mięso z kurczaka, ale też chrząstki (nankotsu – to słówko chyba zapamiętam już na zawsze 😉 ). Jak tylko udaliśmy się do baru, gdzie serwuje się karaage, bez zastanowienia wybrałam to danie z karty i zamówiłam. Kelner podał nam chrząstki z kurczaka usmażone w panierce i K. stanowczo odmówił ich zjedzenia. Kilka dni później, już uważniej wertując kartę menu wybrałam „dobrą wersję” kurczaka karaage i przekonałam go do tych pyszności.

2). Pierożki yaki-gyoza, które przywędrowały do Japonii z Chin (po chińsku nazywają się jiaozi). Są to pierożki z wieprzowiną, imbirem, czosnkiem i olejem sezamowym. Smaży się je na parze (technika smażenia na parze też została wymyślona przez Chińczyków), ale można dostać też gyoza gotowane na parze. Najczęściej serwuje się je z sosem, który sami sobie przygotowujemy z sosu sojowego i octu ryżowego. Można też dodać chili.

3). Tsukemen po raz pierwszy zjadłam w tym roku. Jest to wariacja popularnego ramenuRamen to bulion serwowany z makaronem i dodatkami (mięsem, warzywami, jajkiem…). W przypadku tsukemen, makaron i bulion serwowany jest w osobnych miskach. Bulion również mniej przypomina zupę, a bardziej sos. Makaron macza się w sosie i zjada. Podobnie jak ramen, tsukemen również jest serwowany z dodatkami, które można sobie dowolnie dobrać. Może być serwowany na ciepło lub zimno.

tsukemen i gyoza

Tsukemen i gyoza
fot. A. Romanowska

Ślinka cieknie mi również na wspomnienie przekąski, którą zaserwowano mi w barze V. na Shinjuku: kawałki ośmiornicy z awokado w sosie według tajnej receptury szefa kuchni w V. Są zatem szanse, że nie padnę z głodu 😉 ale żeby nie było za łatwo: moja dieta (nie jem glutenu ani nabiału) piętrzy przede mną pewne trudności i to również będzie ciekawym doświadczeniem jak poradzę sobie w Japonii, gdzie pełno makaronów i białego tostowego pieczywa. Ale o tym następnym razem.

2 Komentarze

Filed under Bez nabiału i glutenu, Kuchnia japońska