Category Archives: Foto

Oshogatsu, czyli Nowy Rok po japońsku

Zgodnie z obietnicą i noworocznymi postanowieniami dziś kolejny wpis. Tym razem o celebrowaniu Nowego Roku.

Celebracja Nowego Roku jest w Japonii ważnym wydarzeniem i świętem. Do tego jest to chyba jedno z niewielu wydarzeń w roku na które przypada tak długa przerwa od pracy i szkoły. W tym roku „wolne” było od 31 grudnia i potrwa do jutra. Szczęśliwcy tacy jak ja, do szkoły wrócą dopiero w połowie przyszłego tygodnia 😉

Dawniej grudzień po japońsku brzmiał „shiwasu”, co można przetłumaczyć jako „zabiegany mistrz”. Grudzień był bardzo pracowitym miesiącem, ponieważ do końca roku trzeba było pozakańczać wszystkie sprawy i np. spłacić długi.

Nie obchodzi się Sylwestra jako takiego, natomiast bardzo popularne są bonenkaie, takie spotkania żegnajace stary rok. Odbywają się praktycznie przez cały grudzień. My też byliśmy na jednym 🙂 jak zwykle się objadłam. Jak tak dalej pójdzie to zabraknie dla mnie rozmiarówki w Uniqlo…

My Sylwestra spędziliśmy w barze na Ikebukuro prowadzonym pół Irlandczyka- pół Japończyka, dokąd zabrał nas japoński znajomy. Nie było imprezowego szału ani szampana  😉 przez większość wieczoru sączyliśmy drinki (ja piłam niebieskiego, lekko kwaśnego drinka – specjalność właściciela) i oglądaliśmy tv. No cóż, nie posiadamy telewizora w domu, więc wciągneliśmy się nieco. Oglądaliśmy walki bokserskie. Wszystkie wygrali Japończycy. Tylko na chwilę kanał został zmieniony na NHK, gdzie tradycyjnie, jak co roku, transmitowano muzyczne show na żywo, czyli Kõhaku. Podczas show rywalizują ze sobą dwie drużyny złożone z japońskich artystów. Drużyna „czerwona” (akagumi) złożona jest z kobiet. W skład drużyny „białej” (shirogumi) wchodzą mężczyźni. W tym roku, skład męskiej drużyny zasilił (chyba obecnie najpopularniejszy) boysband Arashi. Nie rozeznaje się w ich twórczości, ale młodsze koleżanki mnie oświeciły. Jedynym japońskim celebrytą, którego rozpoznałam był tylko Takeshi Kitano, ale on brał udział w innym show, gdzie przepytywał znanych japońskich sportowców. Wracając do Kõhaku, w tym roku wygrali „biali”. Z pewnością dużym atutem tej drużyny był wspominany boysband.

O północy wznieślimy toast i pożyczyliśmy sobie: akeome. Jest to skrót od „akemashite omedetou gozaimasu”, co można przetłumaczyć jako szczęśliwego nowego roku.  Nie wybraliśmy się do świątyni na bicie dzwonu, a dokładnie na 108 bić dzwonu. Wydaje mi się, że o północy dzwon dzwoni ostatni sto ósmy raz. Zgodnie z buddyzmem,  108 uderzeń w dzwon symbolizuje 108 grzechów i ludzkich pokus, których można się pozbyć na Nowy Rok. My odwiedziliśmy świątynię dopiero w drodze powrotnej do domu. Mimo bardzo późnej godziny było sporo ludzi przychodzących pomodlić się po raz pierwszy w Nowym Roku.

Kolejną z możliwości powitania Nowego Roku jest pojechanie np. nad morze i zobaczenie pierwszego wschodu słońca (hatsuhi), jak uczyniła nasza znajoma. Jak się wpisze się w Google formułkę typu „najlepsze miejsca na pierwszy wschód słońca” wyskakuje mnóstwo stron.

Nieodłącznym elementem Nowego Roku są nengajõ, czyli kartki noworoczne. Poczta roznosi je dokładnie 1 stycznia. Wypada wysłać taką kartkę nie tylko do rodziny, ale też do znajomych i wszystkich, którym coś zawdzięczamy. Ja niestety nie posiadam adresu domowego mojego japońskiego senseia, więc wysłałam mu życzenia mało tradycyjną metodą, czyli mailem.

Na celebrację Nowego Roku udaliśmy się do japońskich teściów mojej znajomej, tej samej, która zaprosiła mnie na przepyszną Wigilię. Spędziliśmy cudownie czas. I mieliśmy okazję zakosztować osechi ryõri, czyli tradycyjnych potraw podawanych na właśnie takie okazje jak Nowy Rok. Potrawy podawane są w kwadratowych, drewnianych lub lakowych pudełkach. Każda potrawa ma swoje znaczenie, jak na przykład ikra śledzia (? – nie jestem pewna czy dobrze to zrozumiałam w natłoku informacji …) gwarantuje płodność. Oprócz ikry, nie zabrakło czarnej słodkiej fasolki, korzenia lotosu, ośmiornicy, krewetek, kraba (PRZEPYSZNY) i wielu innych smakołyków. Dla odmiany znów się opychaliśmy 😉 K. był częstowany przez Pana Teścia nalewką na kobrze i żmiji. Dał radę i sprostał wyzwaniu „mocnej głowy” 😉 Ja się raczyłam przepyszną sake. To był naprawdę wspaniały dzień i jesteśmy z K. bardzo wdzięczni naszej znajomej i jej mężowi za to zaproszenie i umożliwienie nam spędzenia tego czasu w tradycyjny japoński sposób.

1

2

W tle nalewka na kobrze …

3

Czas podczas jedzenia umilał nam (choć nie wiem czy można użyć czasownika „umilać” w kontekście japońskich show telewizyjnych) show, gdzie haafu (czyli „połówki” – pół Japończycy, poł inna narodowość) wypełniali różne zadania. Niezbyt ambitne oczywiście. I tak dla przykładu, pół Japończyk  – pół Amerykanin nie mówiący po angielsku zostaje wysłany do Nowego Jorku. Wśrod uczestników jest też pół Polak o imieniu Napo, co jak się okazało jest skrótem od Napoleona.  Z jakiekoś powodu uczestnicy to głównie sami mężczyźni, więc stwierdziłyśmy ze znajomą, że albo chodzi o brak równouprawnienia albo kobiety tak ochoczo nie chcą z siebie robić głupka w telewizji 😉

Zdjęcia jedzonka dorzucę niebawem, bo piszę ten post korzystając z prezentu od  Świętego Mikołaja, który w tym roku okazał się bardzo hojny.

Widzę, że dość się rozpisałam. Zatem osobnego posta poświęce urodzie mego męża K. okrzykniętego mianem kakkoi (nie po raz 1szy i nie po raz ostatni pewnikiem).

A tymczasem: よいお年を☆

11 Komentarzy

Filed under czyli matsuri, Foto, Kuchnia japońska

Tort z kremem

„(…) jeśli będziesz pokazywać się ludziom jak pyza kartoflana, to będą odnosić się do Ciebie jak do pyzy, pamiętaj dziecko, staraj się przedstawiać siebie jak tort z kremem, a ludzie będą Cię traktowali jak paryski tort z kremem (…)”* – takiej oto porady udzieliła ciotka z Wiednia w swym liście do Pipsi – głównej bohaterki Wesel w domu Bohumila Hrabala. Rada ta, zresztą jak i cały list, odmienił życie głównej bohaterki, która od razu postanowiła zakupić modną sukienkę i koralowe pantofelki dokonując przemiany nie tylko swojego wyglądu, ale też i podejścia do życia.

I ja wzięłam sobie tą mądrą radę do serca. Ostatnio powróciłam do rozmyślań o tortach za sprawą zbliżających się świąt i mało udanego komentarza K. zainspirowanego  książką Bezsenność w Tokio autorstwa Marcina Bruczkowskiego. Ale od początku…

K. sięgnął po Bezsenność… odkąd zupełnie przypadkowo w małym barze w Ekota podczas zabawy halloweenowej natknęliśmy się na Seana – irlandzkiego przyjaciela Bruczkowskiego z czasów jego pobytu w Japonii. Świat jest mały nawet w tak wielkiej metropolii jaką jest Tokio. Po tym wesołym spotkaniu pełnym andegdot z czasów młodości Seana, opowieści o polskiej piłce i pięknych polskich kobietach (to opinia Seana 😉 ) i kilku żartach o brytyjskiej rodzinie królewskiej, K. postanowił książkę Bruczkowskiego przeczytać, toteż niezwłocznie poprosiliśmy rodzinę o jej zakup i wysyłkę do Japonii. Lektura go wciągnęła niezwykle. I oto pewnego wieczora, K. przerywając na chwilę czytanie, oznajmił mi radośnie, że ja to właściwie byłam kurisumasu keeki jak się poznaliśmy… No naprawdę!

Kurisumasu keeki (クリスマスケーキ), to świąteczny tort kupowany 25-tego grudnia i wyglądający bardzo smakowicie. Natomiast, w latach 80. mianem kurisumasu keeki zaczęto nazywać niezamężne kobiety, które ukończyły 25 rok życia. Z terminem tym zostałam już zapoznana na pierwszym roku studiów, kiedy to mój japoński sensei O. wyjaśnił nam jego znaczenie. Otóż chodzi o to, że po 25-tym grudnia ceny tortów są obniżane, co mniej więcej ma się tak do kobiet, że jak już ukończą te 25 lat to ich „wartość” spada (my god, ale to okropnie brzmi…). Wydaje mi się, że tę kwestię porusza również Bruczkowski w swojej książce. No i oto właśnie, mój własny mąż określił mnie mianem świątecznego tortu (który jak widać niewiele ma wspólnego z paryskim tortem Hrabala). Nie zostało mi nic innego jak się odgryźć, więc zgodnie z tym co mówił nam sensei, odrzeklam, że właśnie dlatego, że  nie byłam już pierwszej młodości to musiałam obniżyć swoje oczekiwania wobec płci przeciwnej. Et voila.

Natomiast, obecnie wydaje mi się, że termin „kurisumasu keeki” (szczęśliwie) odszedł w zapomnienie i np. niektórzy moi japońscy znajomi (szczególnie Ci młodzi) kompletnie nie znają jego znaczenia w kontekście niezamężnej kobiety. Wygląda na to, że coraz więcej japońskich kobiet decyduje się na ślub w późniejszym wieku, bo np. są zajęte rozwojem swoim karier zawodowych. O wzroście liczby niezamężnych kobiet między 25 a 29 rokiem życia, pisała już w 1992 roku Terasa Watanabe w swoim artykule w „Los Angeles Times”.

Jeśli zaś chodzi o „kurisumasu” to tak jak wspomniałam już wcześniej w Tokio panuje świąteczny szał pełen iluminacji, ozdób, Mikołajów i choinek. Ja to absolutnie kupuję i jestem zachwycona! (choć wiem, że czasem niektóre te rzeczy to kicz na maksa!). Colonel przebrany za świętego Mikołaja zachęca do zakupu świątecznego kurczaka. Burger King poszedł krok dalej i w swojej ofercie ma indyka. Dodam więcej, nie będę ukrywać , że przez moment myślałam nad kupnem tego indyka (praktycznie trudno tu dostać mięso indycze, jeśli chodzi o drób – to Japonia kurą stoi), ale ponieważ Wigilię spędzę z polskimi przyjaciółmi postaramy się przygotować coś polskiego.

kfc

Świątecznie w KFC

P1030238

przepyszny tort urodzinowy

Zaś, a propo tortów, niedawno obchodzilam urodziny 😉 i został mi sprezentowany przepyszny i przepiękny tort. Na samą myśl cieknie mi ślinka. Jestem pod wrażeniem japońskiej sztuki cukierniczej. Kiedyś kilkakrotnie spotkałam się z opinią, że mimo, iż japońskie torty, ciasta, desery (w stylu Zachodnim, nie mam tu na myśli tradycyjnych japońskich deserów, bo to inny temat) pięknie i kusząco wyglądają to są niezbyt dobre i ogólnie, że niby bez smaku. Bez bicia przyznaję się, że początkowo przez takie opinie sceptycznie podchodzilam do takich deserów, zupełnie niepotrzebnie. Wszystko co jadłam do tej pory, torty, torciki itp. było absolutnie przepyszne.

Na koniec wrzucam galerię ze zdjęciami iluminacji świątecznych w mojej okolicy i na Omotesando na tokijskim Harajuku. Uwielbiam Omotesando pełne Diorów, Chanelów i Hugo Bossów (to bardziej window shopping). Ale tak naprawdę nie chodzi o Diory itp., tylko o architekturę i samą okolicę (małe uliczki!!!), no i teraz jest cudowna iluminacja!

*B. Hrabal, Wesela w domu, Warszawa 1989, str. 18

2 Komentarze

Filed under Foto, Gender (płeć), Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Bez tęsknoty za „sandałem i skarpetą”, czyli rzecz o modzie

Kilka dni temu portal Deser.pl zamieścił fotogalerię z japońskim street fashion komentując to następująco:

Primo: japońska moda jest dziwna. Duo, w każdym oglądającym zdjęcia obudzi się tęsknota za sandałem i skarpetą. Zainteresowałam się tematem, ponieważ dostaliśmy maila od znajomej z pytaniem czy faktycznie w Japonii tak jest. Zgodnie z prawdą odpisaliśmy jej, że „tak jest”.

Nie jestem specjalistką od japońskiej mody. Nie lubię po prostu takich artykułów i fotogalerii, które za wszelką cenę chcą pokazać Japonię jako kraj dziwaków. Mieszkam w Tokio od niedawna i zdarza mi się np. zatęsknić za barszczem czerwonym lub żurkiem, ale zawsze mogę iść do polskiej restauracji na Nihonbashi, jeśli mnie bardzo przypili. Natomiast za sandałem i skarpetą absolutnie nie tęsknię i przyznam, że moda w Japonii bardzo mi się podoba.

Przede wszystkim jest różnorodna i każdy nosi to, na co ma ochotę. Wydaje mi się, że na największy luz modowy mogą pozwolić sobie studenci, ponieważ w końcu mogą zrezygnować z noszenia szkolnego mundurka. Poza tym osoby nie pracujące w firmie. W firmie obowiązuje dress code, czyli panowie w garniturach, panie w garsonkach. Z moich obserwacji wynika również, że Japończycy bardzo dbają o swój wygląd i przywiązują dużo uwagi do stroju. Rynek kosmetyczny i odzieżowy kwitną. Uważam, że tutaj można naprawdę spełnić swoje najdziksze fantazje odzieżowe i nie zostanie się wytkanym palcem na ulicy czy w metrze. Kiedy jechaliśmy na Halloween Party, ja z poderżniętym gardłem i wbita w sukienkę a’la Alicja z Krainy Czarów, a K. przebrany za Wolverine’a z własnoręcznie zrobionymi pazurami, to nikt za bardzo nie zwrócił na nas uwagi. Nie wiem czy w Polsce zaryzykowałabym jechanie metrem. Chyba zdecydowałabym się na taksówkę.

Lubię chodzić po mojej galerii handlowej i oglądać wystawy (robię window shopping 😉 ), przeglądam też czasem czasopisma. Podoba mi się japońska moda, jej różnorodność i dowolność, sposób w jaki ludzie wyrażają siebie. Nie znaczy to, że każdy się tak ubiera. Nie brakuje ludzi ubranych zwyczajnie. I ja do nich należę 😉

Ja swoje serce oddałam Uniqlo, gdzie chętnie (i często) robię zakupy. Zaglądam też do GU, ale to bardziej młodzieżowa marka i już trudniej mi coś znaleźć. Nie chcę tu analizować skąd wypływa potrzeba młodych Japończyków to takich strojów, bo nie taki był zamysł tego posta. Nie podoba mi się po prostu, że powstają takie fotogalerie promujące brak tolerancji. Oczywiście nie każdemu musi się japońska moda podobać, ale nie trzeba od razu tego wyśmiewać.

Wszystkie zdjęcia pochodzą ze strony Fashion Japan – Japanese streets.

2 Komentarze

Filed under Foto, Życie codzienne

Bliskie spotkania. Reminescencje kiotowskie (1)

Nasza wycieczka do Kioto to był przedłużony weekend, więc nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Z pewnością do dawnej stolicy Japonii będziemy wracać. Skutecznie zostaliśmy namówieni na wizytę w listopadzie by podziwiać momiji, czyli czerwone liście klonu.

W niedzielę wybraliśmy się do świątyni Kiyomizu położonej na zalesionych zboczach góry Otowa. Nazwa Kiyomizu odnosi się do kompleksu świątynnego, natomiast główna buddyjska świątynia poświęcona jest bogini Kannon. Obok głównej świątyni funkcjonuje jeszcze chram Jishu poświęcony między innymi Okuninushi no Mikoto – bóstwu męskiemu słynącemu ze swoich przygód miłosnych 🙂 Okuninushi zajmuje w moim sercu szczególne miejsce, dlatego też i jemu i chramowi poświęcę osobny post.

WP_000472

Bilety wstępu do świątyni Kiyomizu

Świątynia Kiyomizu słynie ze swojej okazałej werandy, z której roztacza się piękny widok na okolicę (dopchać się w słoneczną wrześniową niedzielę do barierek werandy, by zrobić zdjęcie tym wspaniałym widokom to zadanie dla bardzo zdeterminowanych 🙂 ). Właśnie z tej werandy można podziwiać momiji. Zarówno główny pawilon świątyni jak i weranda wsparte są na sześciopiętrowej drewnianej konstrukcji wystającej ze zbocza stromego wzgórza. Pierwsza świątynia została zbudowana w 798 roku, a następnie na rozkaz szoguna Tokugawa Iemitsu (1604-1651) w 1633 r. zostały wzniesione budynki, które tworzą obecny kompleks. Co więcej, nie użyto ani jednego gwoździa tworząc konstrukcję zabudowań świątynnych!

Dużą popularnością (= kolejki, kolejki i jeszcze raz kolejki) cieszy się również wodospad Otowa, którego trzy strumienie zapewniają zdrowie, długie życie lub wiedzę. Pielgrzymi ustawiają się w kolejce i piją wodę tylko z jednego strumienia. Nie można być za bardzo zachłannym.

Po zwiedzaniu świątyni udaliśmy się na piechotę w kierunku chramu Yasaka (bardzo go lubię). Mijaliśmy małe uliczki wypełnione ludźmi i sklepikami z pamiątkami, kiotowskimi przekąskami i jeszcze raz z pamiątkami. Znaleźliśmy nawet sklep Studia Ghibli. Był tam ogromny Totoro za zawrotną cenę, ale był piękny!

WP_000471

Bilet wstępu i ulotka informacyjna z Kinkakuji

Przy chramie Yasaka złapaliśmy autobus nr 12 i ruszyliśmy do Kinkakuji, czyli Złotego Pawilonu. Pawilon stanowi część zenistycznej świątyni Rokuon-ji. Początkowo teren świątyni stanowił rezydencję o nazwie Kitayama-dai, której właścicielem był Saionji Kintsune. Trzeciemu szogunowi z rodu Ashikaga – Yoshimitsu (1358-1408) bardzo spodobała się rezydencja, więc odkupił ją od rodu Saionji i pobudował własną posiadłość, którą nazwał Kitayama-den. Po śmierci Yoshimitsu, zgodnie z jego ostatnią wolą, rezydencja została przemieniona na świątynię Rokuon-ji. Nazwa świątyni nawiązuje do imienia jakie zmarły szogun przyjął w krainie Buddy. Brzmiało ono Rokuon-in-den.

Złoty Pawilon i ogród, który go otacza, miały reprezentować Czystą Ziemię w świecie doczesnym. Dwa górne piętra i feniks zdobiący dach są pozłacane. Parter pawilonu zbudowany jest w stylu shinden charakterystycznym dla architektury z XI wieku (arystokracja dworska). Drugie piętro zostało zaprojektowane w stylu buke, czyli japońskich rodów wojskowych. Natomiast ostatnie piętro charakteryzuje chiński styl zenshu-butsuden. Złoty Pawilon uchodzi za reprezentacyjną budowlę architektury z okresu Muromachi (1336-1573).

WP_000474

Tradycyjna wizytówka

Po całym dniu zwiedzania i chodzenia (praktycznie wszędzie docieraliśmy pieszo) czekała nas uczta w izakaya o wdzięcznej nazwie Oyaji. Zostaliśmy tam zaproszeni przez znajomych, za co bardzo jesteśmy im wdzięczni, bo było cudownie i pysznie. Spróbowaliśmy specjalności lokalu – piersi z kurczaka w panierce faszerowanej ogórkiem i pastą miso. Przepyszne. Zjedliśmy jednak znacznie więcej. Wszystko było wyśmienite. W pewnym momencie dołączył do nas kolejny znajomy (Japończyk), który przyszedł w kobiecym towarzystwie. Ledwo co wygodnie usiedli, a jego towarzyszka rozdała nam swoje wizytówki wykonane w bardzo tradycyjnej formie. Forma tych wizytówek wskazywała, że ich właścicielka należy do świata tradycyjnych profesji japońskich. Niestety bardzo nas skonfudowała, ponieważ była ubrana w spódnicę i sweterek. Niebawem, dzięki koledze M., nasze wątpliwości zostały rozwiane. M. wziął pana Japończyka na tzw. spytki, oczywiście robiąc odpowiedni wstęp, poniważ nie chcieliśmy być niegrzeczni. Okazało się, że właśnie spędzamy wieczór z najprawdziwszą geiko. Co prawda w „cywilu”, ale…. to była gejsza! Była cudowna we wszystkim, w sposobie mówienia, podawania napojów, uśmiechania się. Przez 2 godziny siedziała w seiza i nawet nie drgnęła (ja byłam w stanie: nie czuję nóg). Nic nie jadła, a piła tylko herbatę. Naprawdę była wspaniała i robiła wrażenie nawet bez kimona i makijażu. Z drugiej strony nie było to ani trochę pretensjonalne. Obcując z nią, można zrozumieć fenomen profesji gejszy. Przynajmniej ja zrozumiałam. Oczarowała nie tylko mnie. Aż mi było głupio trochę, bo się ciągle na nią patrzyłam. Jej towarzysz jest miłośnikiem tradycyjnych sztuk japońskich. Sam zajmuje się ceremonią herbacianą. Poznali się kilka lat temu. Nie wnikaliśmy w rodzaj relacji jaka ich łączyła, ale pan Japończyk zdradził nam, że jego towarzyszka jest bardzo wykwalifikowaną geiko i osiągnęła już taki poziom umięjetności, że na życzenie klienta może wybrać się z nim na spotkanie w stroju cywilnym.

Co więcej, pan Japończyk zdradził mi, że pod Kioto istnieje świątynia Zuishin-in poświęcona Ono no Komachi. Podobno to w niej spędziła ostatnie lata swojego życia… Zatem mam kolejny powód do wizyty w Kioto, ponieważ już nie zdążyliśmy tam pojechać. Ale koniecznie muszę to miejsce odwiedzić, może odnajdę tam moją Komachi…

A tutaj trochę więcej zdjęć z niedzieli (nie miałam śmiałości zrobić zdjęcia pani gejszy).

4 Komentarze

Filed under Foto, Kioto, Ono no Komachi, Podróże

Na „swoim”

Dzisiejszy post powstaje już w moim pokoju 🙂 Ostatnio K. mi zwrócił uwagę, że mój blog jest bardziej lifestylowy niż Heianowy i Komachi’owy, ale proszę o wyrozumiałość. Zanim porządnie zabiorę się do pracy naukowej, muszę nieco się zaaklimatyzować i załatwić różne formalności.

W zasadzie, jeśli chodzi o formalności, to mam już je praktycznie za sobą. Mam już adres, telefon i konto w banku. I ubezpieczenie też mam! Akademik mieści się niedaleko kuyakusho (urząd dzielnicy), więc od razu po wrzuceniu mojego dobytku do pokoju poszłam załatwić rejestrację adresu. I machina biurokracji ruszyła 😉 Mam dwuczłonowe nazwisko, co więcej na drugie imię mam Sławomira 😉 a wszystko to zapisane w paszporcie. A jak jest zapisane w paszporcie musi być zapisane w każdym dokumencie, który sobie wyrabiam w Japonii. Zanim jeszcze przyjechałam do Tokio, nauczyłam się zapisywać imię Sławomira w alfabecie katakana. Ponieważ świat nie zna żadnej sławnej Sławomiry, która istniała by np. w japońskiej wikipedii, zapis imienia Sławomira w katakanie to moja własna inwencja. 🙂 Niestety na książeczce bankowej nie starczyło miejsca na Sławomirę i pan, który zakładał mi konto, musiał moje drugie imię dopisać długopisem.

Mieszkam zupełnie blisko słynnego Tokyo Dome, obok którego działa wielkie centrum handlowego z „mini” wesołym miasteczkiem. Choć słowo „mini” nie wydaje mi się do końca adekwatne, ponieważ na dachu owego centrum zbudowany jest dość pokaźnych rozmiarów roller coaster. Krzyki śmiałków, którzy zdecydowali się na przejażdżkę, echo niesie na całą dzielnicę 😉 Nawet teraz je słyszę pisząc ten post. Ja póki co nie ryzykuję.

Poniżej wrzucam kilka zdjęć mojego pokoju. Większość rzeczy potrzebnych mi do funkcjonowania w tej przestrzeni zakupiłam oczywiście w Daiso, czyli sklepie stujenowym. Natomiast większość wyposażenia kuchni (garnki, sztućce, talerze itp.) dostałam od mojej koleżanki, która mieszkała w tym samym akademiku, ale wczoraj wyleciała do Polski po kilku latach spędzonych na studiach w Tokio. Bardzo jej dziękuję 🙂

 

9 Komentarzy

Filed under Foto, Tokio, Życie codzienne

Tokijskie reminescencje

Zainspirowana czwartkowym wpisem na blogu „Z uśmiechem przez Japonię”, a przede wszystkimi zamieszczonymi w tym poście zdjęciami, postanowiłam dziś wrzucić trochę zdjęć z naszej kwietniowej podróży do Tokio. Wszystkie zdjęcia robił K. Opisy póki co są dość ogólnikowe, ale obiecuję, że je dopracuję.

2 Komentarze

Filed under Foto, Tokio