Bliskie spotkania. Reminescencje kiotowskie (1)

Nasza wycieczka do Kioto to był przedłużony weekend, więc nie udało nam się zobaczyć wszystkiego. Z pewnością do dawnej stolicy Japonii będziemy wracać. Skutecznie zostaliśmy namówieni na wizytę w listopadzie by podziwiać momiji, czyli czerwone liście klonu.

W niedzielę wybraliśmy się do świątyni Kiyomizu położonej na zalesionych zboczach góry Otowa. Nazwa Kiyomizu odnosi się do kompleksu świątynnego, natomiast główna buddyjska świątynia poświęcona jest bogini Kannon. Obok głównej świątyni funkcjonuje jeszcze chram Jishu poświęcony między innymi Okuninushi no Mikoto – bóstwu męskiemu słynącemu ze swoich przygód miłosnych 🙂 Okuninushi zajmuje w moim sercu szczególne miejsce, dlatego też i jemu i chramowi poświęcę osobny post.

WP_000472

Bilety wstępu do świątyni Kiyomizu

Świątynia Kiyomizu słynie ze swojej okazałej werandy, z której roztacza się piękny widok na okolicę (dopchać się w słoneczną wrześniową niedzielę do barierek werandy, by zrobić zdjęcie tym wspaniałym widokom to zadanie dla bardzo zdeterminowanych 🙂 ). Właśnie z tej werandy można podziwiać momiji. Zarówno główny pawilon świątyni jak i weranda wsparte są na sześciopiętrowej drewnianej konstrukcji wystającej ze zbocza stromego wzgórza. Pierwsza świątynia została zbudowana w 798 roku, a następnie na rozkaz szoguna Tokugawa Iemitsu (1604-1651) w 1633 r. zostały wzniesione budynki, które tworzą obecny kompleks. Co więcej, nie użyto ani jednego gwoździa tworząc konstrukcję zabudowań świątynnych!

Dużą popularnością (= kolejki, kolejki i jeszcze raz kolejki) cieszy się również wodospad Otowa, którego trzy strumienie zapewniają zdrowie, długie życie lub wiedzę. Pielgrzymi ustawiają się w kolejce i piją wodę tylko z jednego strumienia. Nie można być za bardzo zachłannym.

Po zwiedzaniu świątyni udaliśmy się na piechotę w kierunku chramu Yasaka (bardzo go lubię). Mijaliśmy małe uliczki wypełnione ludźmi i sklepikami z pamiątkami, kiotowskimi przekąskami i jeszcze raz z pamiątkami. Znaleźliśmy nawet sklep Studia Ghibli. Był tam ogromny Totoro za zawrotną cenę, ale był piękny!

WP_000471

Bilet wstępu i ulotka informacyjna z Kinkakuji

Przy chramie Yasaka złapaliśmy autobus nr 12 i ruszyliśmy do Kinkakuji, czyli Złotego Pawilonu. Pawilon stanowi część zenistycznej świątyni Rokuon-ji. Początkowo teren świątyni stanowił rezydencję o nazwie Kitayama-dai, której właścicielem był Saionji Kintsune. Trzeciemu szogunowi z rodu Ashikaga – Yoshimitsu (1358-1408) bardzo spodobała się rezydencja, więc odkupił ją od rodu Saionji i pobudował własną posiadłość, którą nazwał Kitayama-den. Po śmierci Yoshimitsu, zgodnie z jego ostatnią wolą, rezydencja została przemieniona na świątynię Rokuon-ji. Nazwa świątyni nawiązuje do imienia jakie zmarły szogun przyjął w krainie Buddy. Brzmiało ono Rokuon-in-den.

Złoty Pawilon i ogród, który go otacza, miały reprezentować Czystą Ziemię w świecie doczesnym. Dwa górne piętra i feniks zdobiący dach są pozłacane. Parter pawilonu zbudowany jest w stylu shinden charakterystycznym dla architektury z XI wieku (arystokracja dworska). Drugie piętro zostało zaprojektowane w stylu buke, czyli japońskich rodów wojskowych. Natomiast ostatnie piętro charakteryzuje chiński styl zenshu-butsuden. Złoty Pawilon uchodzi za reprezentacyjną budowlę architektury z okresu Muromachi (1336-1573).

WP_000474

Tradycyjna wizytówka

Po całym dniu zwiedzania i chodzenia (praktycznie wszędzie docieraliśmy pieszo) czekała nas uczta w izakaya o wdzięcznej nazwie Oyaji. Zostaliśmy tam zaproszeni przez znajomych, za co bardzo jesteśmy im wdzięczni, bo było cudownie i pysznie. Spróbowaliśmy specjalności lokalu – piersi z kurczaka w panierce faszerowanej ogórkiem i pastą miso. Przepyszne. Zjedliśmy jednak znacznie więcej. Wszystko było wyśmienite. W pewnym momencie dołączył do nas kolejny znajomy (Japończyk), który przyszedł w kobiecym towarzystwie. Ledwo co wygodnie usiedli, a jego towarzyszka rozdała nam swoje wizytówki wykonane w bardzo tradycyjnej formie. Forma tych wizytówek wskazywała, że ich właścicielka należy do świata tradycyjnych profesji japońskich. Niestety bardzo nas skonfudowała, ponieważ była ubrana w spódnicę i sweterek. Niebawem, dzięki koledze M., nasze wątpliwości zostały rozwiane. M. wziął pana Japończyka na tzw. spytki, oczywiście robiąc odpowiedni wstęp, poniważ nie chcieliśmy być niegrzeczni. Okazało się, że właśnie spędzamy wieczór z najprawdziwszą geiko. Co prawda w „cywilu”, ale…. to była gejsza! Była cudowna we wszystkim, w sposobie mówienia, podawania napojów, uśmiechania się. Przez 2 godziny siedziała w seiza i nawet nie drgnęła (ja byłam w stanie: nie czuję nóg). Nic nie jadła, a piła tylko herbatę. Naprawdę była wspaniała i robiła wrażenie nawet bez kimona i makijażu. Z drugiej strony nie było to ani trochę pretensjonalne. Obcując z nią, można zrozumieć fenomen profesji gejszy. Przynajmniej ja zrozumiałam. Oczarowała nie tylko mnie. Aż mi było głupio trochę, bo się ciągle na nią patrzyłam. Jej towarzysz jest miłośnikiem tradycyjnych sztuk japońskich. Sam zajmuje się ceremonią herbacianą. Poznali się kilka lat temu. Nie wnikaliśmy w rodzaj relacji jaka ich łączyła, ale pan Japończyk zdradził nam, że jego towarzyszka jest bardzo wykwalifikowaną geiko i osiągnęła już taki poziom umięjetności, że na życzenie klienta może wybrać się z nim na spotkanie w stroju cywilnym.

Co więcej, pan Japończyk zdradził mi, że pod Kioto istnieje świątynia Zuishin-in poświęcona Ono no Komachi. Podobno to w niej spędziła ostatnie lata swojego życia… Zatem mam kolejny powód do wizyty w Kioto, ponieważ już nie zdążyliśmy tam pojechać. Ale koniecznie muszę to miejsce odwiedzić, może odnajdę tam moją Komachi…

A tutaj trochę więcej zdjęć z niedzieli (nie miałam śmiałości zrobić zdjęcia pani gejszy).

Reklamy

4 Komentarze

Filed under Foto, Kioto, Ono no Komachi, Podróże

4 responses to “Bliskie spotkania. Reminescencje kiotowskie (1)

  1. ach, moje miejsca! 🙂 cudo! i spotkanie z gejszą czarujące! a byłam chyba w tym samym „totorowym” sklepie i dostałam tam prawie zapaści! 😀

  2. Uwielbiam Kioto, a Kiyomizu to jedna z moich ulubionych świątyń ever. 🙂 Czekam na dalsze relacje i zazdraszczam spotkania oko w oko z najprawdziwszą gejszą. 🙂

    • Kiyomizu jest cudowna, ale mnie tym razem zachwyciło Fushimi Inari, choć przyznam, że trochę marudziłam wdrapując się na szczyt i mijając bramy 😉 i nieustannie zachwyca mnie Kinkakuji. Jeszcze nie pisałam o Fushimi Inari, ale kolejny post już niebawem! 🙂 i dziękuję bardzo za miłe słowo!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s