Monthly Archives: Wrzesień 2013

Władczynie w starożytnej Japonii

Dawno nie pisałam. Gomene. Ale dużo się działo! Przyjechał K. i zaczął się rok akademicki (taaaaak, nastąpił tzw. back to school). Udało mi się również, w tak zwanym międzyczasie, spaść z roweru i potłuc sobie bark >.< W związku z czym mam pięknego „tęczowego” siniaka na ramieniu ;( ale mogę się już samodzielnie uczesać, więc jestem on my way to recovery. Obawiam się, że moja widowiskowa wywrotka na rowerze była wynikiem mojej pychy, ponieważ już zaczęło mi się wydawać, że całkiem dobrze radzę sobie na zatłoczonych ulicach Shinjuku. Otóż nie. Ale dalej lubię przemierzać ulice Tokio na rowerze 🙂 K. też sprawiliśmy rower (za mniej niż 1 mana – oczywiście w Don Kichote) i wspólnie jeździmy na wycieczki, głównie w poszukiwaniu jedzenia 😉

Dziś post z cyklu „chwalę się”. Kilka dni temu dostałam informację, że ukazała się publikacja pt. Azja i Afryka: religie – kultury – języki pod red. naukową Macieja Klimiuka. Jest to zbiór artykułów zebranych po konferencji orientalistycznej w 2012 roku (niestety tego typu publikacje mocno się przeciągają…). Dzięki dofinansowaniu przez Samorząd Doktorantów Uniwersytetu Warszawskiego i Fundację Universitatis Varsoviensis pod koniec września ukazała się pokonferencyjna książka. A w niej mój artykuł o władczyniach w starożytnej Japonii, który można pobrać klikając o tu → władczynie w starożytnej Japonii .

Jak to zwykle bywa, w moim przypadku, z moimi artykułami i innymi tego typu rozprawami, jest dużo rzeczy, które bym zmieniła lub dodała 😉 tym bardziej, że obecnie mam dostęp do wielu źródeł… ale nic to. Mam nadzieję, że choć trochę się spodoba!

W piątek wyruszamy do Kioto! Wraz z K. przyjechał nasz aparat i już zostało postanowione, że będziemy robić mnóstwo zdjęć. Odwiedzimy również Narę i Wielkiego Buddę w świątyni Todaji. Będziemy za to unikać wszystkożernych danieli (choć ja zawsze mówilach o nich „jelonki z Nary”, ale podobno to są daniele). Ja, chyba, najbardziej się cieszę na muzeum Genji monogatari w Uji… Jednak zanim wyruszymy w naszą pierwszą podróż shinkansenem nozomi, obiecuję wrzucić jeszcze post o moim powrocie do szkolnej ławy 🙂

6 Komentarzy

Filed under Epoka Heian, Publikacje

Gotowanie. Atak robala.

Dość często jadam na mieście. Nie jest to bardzo duży wydatek, a jedzenie jest smaczne. W ramach oszczędności można też znaleźć sobie punkt sushi w swojej okolicy i po godzinie 20 kupować zestawy prawie o połowę taniej. Dzięki takiej promocji pochłonęłam 6 nigiri z tuńczykiem, 4 nigiri z omletem i popiłam to zieloną herbatą za niecałe 12 zł.

WP_000462

Lunch za 299 jenów. Idealny na duszny dzień. Obowiązkowo ice tea 😉

Zdarza mi się również gotować. W Warszawie miałam dość dużą kuchnię do dyspozycji, gdzie spełniałam się kulinarnie. Rozmiar mojego obecnego aneksu kuchennego nie zniechęcił mnie do podejmowania prób przyrządzania jedzenia. W okolicy mam 2 supermarkety. Jeden „My Basket” jest tańszy i w nim najczęściej robię zakupy. Obok jest „Daiei” – dwupiętrowy supermarket z ogromnym wyborem produktów, warzyw, owoców, mięsa, owoców morza itp. Bardzo lubię po nim chodzić 🙂 i wymyślać co by tu zjeść. W zeszłym tygodniu byłam na yakiniku i smażona wołowina tak mi zasmakowała, że postanowiłam zrobić sobie podobnie przyrządzoną wołowinę na sobotni obiad.

WP_000464

Yakiniku. Inwencja własna. Zamiast ryżu, smażony makaron sojowy z czosnkiem. W ramach „zieleniny”: sałatka z pomidorem i tofu.

Pewnego dnia naszła mnie również ochota na puree – jestem wielką fanką ziemniaków 😉 frytki, pieczone ziemniaczki, puree, młode ziemniaki z masłem i koperkiem mogłaby jeść bez końca. Kupiłam więc opakowanie ziemniaków (5 szt. – 90 jenów) i raźno zabrałam się za moje puree. Efekt nie był zachwycający (nie miałam masła ani czosnku), ale obiad był smaczny. Dopiero przedwczoraj udało mi się kupić prawdziwe masło produkowane na Hokkaido. Jest z dodatkiem soli, ale wolę takie masło niż margarynę.

WP_000461

Obiad po polsku, czyli jajko sadzone i puree.

Jak już wspominałam muszę unikać pszenicy (glutenu) i mleka krowiego (ale masło mogę jeść). W Japonii bardzo popularnym daniem śniadaniowym jest tost. Pszenny. Gruby. Sztuczny. Co prawda byłam już w sklepie, gdzie sprzedawane są różne mąki (ryżowa, razowa), ale nie podjęłam się jeszcze produkcji własnego chleba. Poza tym nie mam piekarnika. Dwa opakowania chleba pumpernikiel, które sobie przywiozłam, już dawno pochłonęłam. A omletów mam już dość (ile można jeść jajek?). Ale w Daiei wypatrzyłam bułki z mąki z brązowego ryżu. Oczywiście z domieszką mąki pszennej, ale warto spróbować! Zatem zakupiłam.

WP_000465

Bułka z mąki z brązowego ryżu. Pyszna.

I zrobiłam tosty 😉 w końcu mam na wyposażeniu specjalny opiekacz do tostów!

WP_000466

Moje tosty. Obowiązkowo z majonezem. 🙂

I tyle o kulinariach. Przejdę więc do części drugiej, a mianowicie do ataku robala. Teraz wydaje mi się to całkiem zabawne i opowiadam tę historię nawet bez nerwowego śmiechu. Ale nie było zabawnie jak odkryłam w wannie (do której notabene chciałam wskoczyć i zażyć kąpieli) robala (a właściwie owada. jak to K. mnie poprawia 😉 ) o długości ok. 12 cm. Na początku zamarłam. Szczęśliwie na skype miałam moją siostrę, która doprowadziła mnie do porządku. Ocknęłam się więc z ataku paniki i nakryłam robala szklanką, podłożyłam kartką i pokrzykując (strasznie się rzucał w tej szklance) wyniosłam na dwór. W tej sytuacji doceniłam mieszkanie na parterze. Gdybym tak miała z nim lecieć z 3. piętra wydając z siebie okrzyki przerażenia to sądzę, że moi sąsiedzi wzięli by mnie za osobę nie do końca zdrową na umyśle. 😀

♥♥♥

I wisienka na torcie: 20 września do Tokio przylatuje K. 🙂 Yay! Yupi! Cieszę się bardzo bardzo i już nie mogę się doczekać.

♥♥♥

8 Komentarzy

Filed under Bez nabiału i glutenu, Kuchnia japońska

Na „swoim”

Dzisiejszy post powstaje już w moim pokoju 🙂 Ostatnio K. mi zwrócił uwagę, że mój blog jest bardziej lifestylowy niż Heianowy i Komachi’owy, ale proszę o wyrozumiałość. Zanim porządnie zabiorę się do pracy naukowej, muszę nieco się zaaklimatyzować i załatwić różne formalności.

W zasadzie, jeśli chodzi o formalności, to mam już je praktycznie za sobą. Mam już adres, telefon i konto w banku. I ubezpieczenie też mam! Akademik mieści się niedaleko kuyakusho (urząd dzielnicy), więc od razu po wrzuceniu mojego dobytku do pokoju poszłam załatwić rejestrację adresu. I machina biurokracji ruszyła 😉 Mam dwuczłonowe nazwisko, co więcej na drugie imię mam Sławomira 😉 a wszystko to zapisane w paszporcie. A jak jest zapisane w paszporcie musi być zapisane w każdym dokumencie, który sobie wyrabiam w Japonii. Zanim jeszcze przyjechałam do Tokio, nauczyłam się zapisywać imię Sławomira w alfabecie katakana. Ponieważ świat nie zna żadnej sławnej Sławomiry, która istniała by np. w japońskiej wikipedii, zapis imienia Sławomira w katakanie to moja własna inwencja. 🙂 Niestety na książeczce bankowej nie starczyło miejsca na Sławomirę i pan, który zakładał mi konto, musiał moje drugie imię dopisać długopisem.

Mieszkam zupełnie blisko słynnego Tokyo Dome, obok którego działa wielkie centrum handlowego z „mini” wesołym miasteczkiem. Choć słowo „mini” nie wydaje mi się do końca adekwatne, ponieważ na dachu owego centrum zbudowany jest dość pokaźnych rozmiarów roller coaster. Krzyki śmiałków, którzy zdecydowali się na przejażdżkę, echo niesie na całą dzielnicę 😉 Nawet teraz je słyszę pisząc ten post. Ja póki co nie ryzykuję.

Poniżej wrzucam kilka zdjęć mojego pokoju. Większość rzeczy potrzebnych mi do funkcjonowania w tej przestrzeni zakupiłam oczywiście w Daiso, czyli sklepie stujenowym. Natomiast większość wyposażenia kuchni (garnki, sztućce, talerze itp.) dostałam od mojej koleżanki, która mieszkała w tym samym akademiku, ale wczoraj wyleciała do Polski po kilku latach spędzonych na studiach w Tokio. Bardzo jej dziękuję 🙂

 

9 Komentarzy

Filed under Foto, Tokio, Życie codzienne

Saturday Night Fever

Dawno nic nie napisałam. Ale wszystko w porządku! Co więcej, moje umiejętności kierowania rowerem po ulicach w Tokio się rozwijają. To bardzo ważne, bo jutro lub pojutrze czeka mnie samotna wyprawa rowerowa.

Udało się mi się znaleźć dach nad głową i jutro wyprowadzam się od G. Niestety opcja z mieszkaniem na Odaibie (80m2 :O ) nie wypaliła. Moja aplikacja została odrzucona (ale do dziś nie wiem czemu). W każdym razie, nasze nowe mieszkanie znajduje się w dzielnicy Bunkyo w Tokio. Niedaleko stacji metra Korakuen. Jest to akademik dla cudzoziemców z pokojami jednoosobowymi, dwuosobowymi i rodzinnymi. Ku mojej wielkiej radości, budynek akademika wyposażony jest w centralne ogrzewanie (yay!), więc zimą przetrwamy! Oczywiście jest za to dodatkowa opłata, ale podobno w porównaniu z kosztami zużycia klimatyzacji, warto tę cenę zapłacić. Do 3 października będę mieszkać w pokoju rodzinnym o imponującym rozmiarze 50 m kwadratowych 🙂 Potem przeniosę się do pokoju dwuosobowego (26m2) z aneksem kuchennym i łazienką. I będę oczekiwać na przyjazd K. 🙂

Dzięki zdobyciu adresu będę mogła założyć konto w banku i zarejestrować się w kuyakusho, czyli urzędzie dzielnicy. Jestem też już szczęśliwą posiadaczką japońskiego telefonu komórkowego 🙂

Tydzień upłynął mi na załatwianiu powyższych formalności, więc wraz z nadejściem weekendu i wizją mojej wyprowadzki, podjęłyśmy z G. decyzję, że można w sobotę wyruszyć na „miasto”. Znajomy G. ze Stanów obecnie przebywa w Tokio na stażu w jednej z firm i bardzo chciał się w sobotę spotkać. Umówiliśmy się na Shinjuku. Kolega Patrick przyprowadził swoich znajomych – głównie kolegów 😉 Amerykanów i Europejczyków. Do tego dość młodych 😀 ponieważ niedawno ukończyli oni college, domyślam się, że mają ok 22-23 lat 😉 Taką grupą ruszyliśmy do baru Vagabond, gdzie spędziliśmy nieco czasu pijąc drinki i jedząc tamtejsze pyszności. Nasi kompani koniecznie chcieli jechać na clubbing na Roppongi, ale namówiłyśmy ich na wizytę w Shinjuku Golden Gai. Jest to dzielnica pełna barów, pubów, klubów… I dopiero tam zaczęła się prawdziwa zabawa.

Jak to bywa w Japonii, gaijini zwracają na siebie uwagę. Tak było i wczoraj. Bardzo szybko do naszej grupy podłączył się Yosuke, który za punkt honoru postawił sobie znaleźć naszym kolegom towarzystwo w postaci Japonek 😉 Prawie się mu udało. Mówił całkiem nieźle po angielsku, choć nie brakło zabawnych sytuacji. Moje 2 ulubione to: powiedział mi i G., że jesteśmy beautiful, po czym od razu dodał „I’m so sorry”. A gdy poszłam do toalety, zapytał się G., gdzie się wybieram i G. mu odpowiedziała, że idę do łazienki, na co odparł: „That’s so sad” 😉

Potem przenieśliśmy się do rock-baru Psy, gdzie leci nieco ostrzejsza muzyka. Ale w repertuarze muzycznym nie zabrakło Michaela Jacksona. I ku naszej radości, jeden ze stałych bywalców baru zaprezentował słynny taniec muzyka. Było naprawdę wesoło. A cały wieczór przebiegał w przyjaznej atmosferze. Zdecydowanie do powtórzenia. 🙂 po godzinie 1 pożegnałyśmy się z naszymi kolegami i ruszyłyśmy na rowerach do domu.

Co zwróciło moją uwagę? Na Shinjuku jest bardzo dużo naganiaczy, większość z nich pochodzi z Nigerii. Potrafią być bardzo narzucający się i zdecydowanie trzeba być wobec nich asertywnym, jeśli nie jest się zainteresowanym ich ofertą.

Miłej niedzieli!

Dodaj komentarz

Filed under Tokio, Życie codzienne

I ride my bike i inne atrakcje…

Po wczorajszym udanym zakupie roweru, dziś postanowiłam go wypróbować. Jeździć na rowerze nauczyłam się jako dziecko, ale w Warszawie nie robiłam tego często. Więc dzisiaj był dzień próby. Postanowiłam się przedostać z Waseda na Shinjuku, co nie jest długim dystansem i jak na pierwszą wyprawę rowerową powinno było być okej.

WP_000445

Mój wspaniały rower!

Ofiar żadnych nie było, ale co się zestresowałam, to moje :O Jadąc po chodniku (nie ma ścieżek rowerowych) czułam się jak w grze komputerowej (do tego z dość zaawansowanym levelem), w której powinnam omijać slalomem ludzi i innych rowerzystów. Nikt tu nie przestrzega przepisów ani jakiegoś savoir-vivru ruchu drogowego. Panuje świętokrowizm i każdy jest zainteresowany tylko swoją komórką… I nawet nie spojrzy, czy ktoś nadjeżdża lub nadchodzi… Kierowcy starają się uważać, ale dziś jeden z nich prawie we mnie wjechał na zielonym świetle (dla mnie) O___O w tym momencie troszkę najadłam się strachu. Do domu wróciłam w jednym kawałku. Muszę ćwiczyć jazdę na rowerze, a raczej slalom 🙂 Wiem, że można się przyzwyczaić. Jak to mówią: „ćwiczenie czyni mistrza”. Mam nadzieję szybko zrobić level up 😉 Ganabarimasu!

Po dotarciu na Shinjuku, postanowiłam zrekompensować sobie stresy pysznym sushi i kuflem zimnego nama biiru, czyli piwa z kija. Mam swoją wypróbowaną knajpkę kaitenzushi na Shinjuku – byliśmy tam z K. dwa razy podczas naszej kwietniowej wyprawy, ale dziś wybrałam inne miejsce. Cóż mogę napisać? Było po prostu pysznie! Zamówiłam głównie nigiri sushi, nie zabrakło sushi z tuńczykiem, pojawiły się również kalmary, przegrzebki, krewetki, makrela i tamago, czyli omlet.

WP_000447

Nigiri sushi na „rowerowe stresy”

Potem chwilę pochodziłam po Shinjuku. Odwiedziłam Biqlo, czyli połączenie sklepu BicCamera (sklep z elektroniką) i Uniqlo (jap. marka odzieżowa), a także centrum handlowe Lumine. Ciągle jednak przeżywałam mój rowerowy włajaż i nic nie kupiłam ani nie zrobiłam żadnego zdjęcia.

Jutro w planach załatwianie spraw, czyli wizyta na uniwerku, w banku a także podjęcie próby wykupienia abonamentu i telefonu komórkowego. Stay tuned!

4 Komentarze

Filed under Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne

Lazy Sunday

Chociaż właściwie to nie taka leniwa… Dokucza mi jeszcze trochę jet lag, a dokładnie poderwanie się z łóżka wcześniej niż o godzinie 10 jest dla mnie niewykonalne. Ale dziś zakasałam rękawy i wzięłam się za ostateczne poprawki w moim artykule o problemie enjo-kõsai (sponsoring) we współczesnej Japonii. Redakcja czasopisma naukowego, w którym ten artykuł zostanie opublikowany już delikatnie zaczyna mi mailowo przypominać, że czas leci.

WP_000438

Okoliczny chram przy Waseda eki

Dzisiaj G. miała gościa, więc żeby nie przeszkadzać udałam się na spacer po okolicy i na lunch. Pogoda dalej daje się we znaki, jest dość duszno i gorąco. Dziś zdecydowałam się na tenpurę 😉 było pysznie, ale nieco przeceniłam swoje możliwości. Zamówiłam zestaw z letniego menu i oprócz tenpury (krewetka, fasolka szparagowa x 2, kawałek papryki czerwonej i tenpurowy placek z kalmara, tuńczyka i awokado) dostałam zimny makaron soba i zupkę miso. A to wszystko popiłam piwem Kirin. 🙂 Następnie przeszłam się po okolicy, odwiedziłam okoliczne księgarnie (uwielbiam japoński design książek), sklepy stujenowe (nie oparłam się zrobieniu zakupów, co więcej większość zakupionych przeze mnie produktów jest w kolorze różowym – czy to już czas, żeby się martwić?) i drug story, czyli drogerie. W drogerii zakupiłam przyrząd do włosów, który ma mi pomóc zrobić sobie na głowie prawdziwy koczek, lub jak to mówi K. „cebulę”, po japońsku odango 😉

Ale prawdziwa wisienka na torcie to zakup roweru! Okazało się, że w sklepie o wdzięcznej nazwie Don Kichot jest promocja i udało mi się kupić wspaniały i piękny rower za niecałego 1 mana. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że kupując rower od razu muszę się zarejestrować jako rowerzysta i jako posiadacz pojazdu jakim jest rower. Dzięki pomocy G. udało mi się załatwić te „formalności” w miarę gładko. 

Jeszcze nie wyrobiłam w sobie nawyku robienia zdjęć, ale walczę z tym. Dziś się postarałam i trochę ich jest. Ale większość raczej z cyklu „food porn”, czyli zdjęcia jedzenia… 

WP_000441

Piwo Kirin

WP_000442

Letnia tenpura

 

WP_000444

Makaron soba na zimno + mishoshiru

 

Natomiast pod koniec m-ca szykuje się mi chyba mini-wyprawa do Kioto ♥ 

6 Komentarzy

Filed under Kuchnia japońska, Tokio, Życie codzienne